.
Źródło: Brak
Wszystkie wideo autora Jan Śpiewak
Autor Jan Śpiewak - 2 Kwietnia 2021

Śpiewak: Prawdziwy plan depopulacji Polski

Najnowsze dane demograficzne są zatrważające. W pandemii liczba urodzeń spadła o jedną czwartą. Polska błyskawicznie się wyludnia i nic nie wskazuje na to, żeby ten trend miał zostać powstrzymany.

Opublikowane dane urodzin za styczeń 2021 roku pokazują, że nie ziściły się nadzieje części obserwatorów. Zamknięcie w domu nie sprzyja w pandemii prokreacji. Nie będzie drugiego skoku urodzin podobnego do czasów stanu wojennego. Ludzie boją się przyszłości, w dodatku stłoczeni są na małej powierzchni w wiele osób. Polskie mieszkania są jednymi z najmniejszych i najbardziej przeludnionych w Unii Europejskiej, ale to tylko część polskich kłopotów. Wskaźnik dzietności w Polsce oscyluje wokół 1,4 dziecka (czyli 140 dzieci na 100 kobiet). Po wprowadzeniu 500+ liczba urodzeń na chwilę wzrosła, żeby znowu od 2018 roku zacząć spadać. Pandemia może okazać się prawdziwym dramatem demograficznym, ale katastrofa trwa już od 1990 roku.

W dyskusji o spadku dzietności dominują dwa podejścia. Z jednej strony mamy ludzi, którzy mówią, że rodziny nie decydują się na dzieci, bo zmienia się kultura. Ludzie stają się coraz bardziej egoistyczni i wygodni. Nie chcą mieć dzieci, bo przeszkadza to im w realizacji własnych pasji. Dzieci zabierają wolność i czas, który moglibyśmy przeznaczyć dla siebie. Rzeczywiście wraz ze wzrostem zamożności społeczeństw wskaźnik dzietności spada. Tylko co stoi za wzrostem zamożności? Zmiany w psychice ludzi, czy zmiany w modelu społeczno-gospodarczym? Osobiście jestem przekonany, że to drugie. Nasze życie jest coraz bardziej podporządkowane gospodarce, a nie coraz mniej. Jesteśmy coraz bardziej wystawieni na przemoc wolnego rynku, który przejął niemal wszystkie sfery życia człowieka.

Najlepiej te zmiany pokazuje kontekst historyczny. Po wielkim boomie urodzeń w latach 50 i 60 wskaźnik dzietności ustabilizował się w Polsce na około dwójce dzieci na kobietę i utrzymywał się na tym poziomie do końca lat 80-tych. W 1990 roku wskaźnik dzietności kobiet wyniósł około 200 dzieci na 100 kobiet. Już 6 lat po upadku komunizmu spadł do 1,5. W świetnym reportażu „Kiedyś tu było życie teraz jest tylko bieda” autorka Katarzyna Duda opowiada historię rodziny górniczej z Wałbrzycha. Małżeństwo zdecydowało się na jedno dziecko przed 1989 roku. Chciało drugie, ale nastał czas planu Balcerowicza. Ludzie zaczęli tracić pracę. Chociaż ich w pierwszym okresie transformacji zwolnienia nie dotknęły, stracili poczucie bezpieczeństwa. Zrezygnowali z drugiego dziecka, obawiając się o swoją przyszłość.

Po 1989 roku nastały czasy prywatyzacji usług publicznych i deregulacji rynku pracy. Dramatycznie wzrosło bezrobocie i realne dochody ludności. Padło wiele małych i średnich miast zmuszając ludzi często do szukania pracy w dużych miastach, albo na emigracji. Dzisiaj młodzi ludzie widzą swoją przyszłość w jeszcze czarniejszych barwach niż w latach 90-tych. Dramatycznie rosną koszty życia - szczególnie mieszkania, edukacji, ale też opieki zdrowotnej. Młodzi pytani o to, dlaczego nie decydują się na dzieci, wymieniają umowy śmieciowe, drogie mieszkania, niskie płace, wysokie koszty opieki zdrowotnej, ale też zakaz aborcji, utrudniony dostęp do badań prenatalnych, brak pomocy rodzicom osób niepełnosprawny i ogólny klimat polityczny w kraju. Nie bez znaczenia pozostaje to, że dużo młodych ludzi boi się katastrofy klimatycznej i warunków, które będą panować na planecie za kilkadziesiąt lat. Zmiany gospodarcze wpływają na zmiany kulturowe. Kiedyś część ryzyka rodzenia dzieci brały na siebie wielopokoleniowe rodziny. Dziećmi zajmowały się babcie, a wszyscy mieszkali w jednym domu. Dzisiaj młodzi mieszkają w miastach, a babcie ciągle pracują. Z biegiem czasu ciężar utrzymania naszych dziadków też spadnie na najmłodszych. Emerytury są z roku na rok niższe i wizja opieki nad rodzicami i dziećmi wielu wydaje się nie do podźwignięcia. W Polsce możesz liczyć tylko na siebie.

Tezę o tym, że to wysokie koszty życia i państwo z kartonu decydują o braku dzieci, potwierdzają też dane z Wielkiej Brytanii. Tam wedle szacunków na sto Polek przypada 210 dzieci. W Wielkiej Brytanii zarówno pomoc państwa dla rodzin jak i zarobki są znacznie wyższe, a koszty życia proporcjonalnie niższe. Dzieci rodzi się mniej niż w Polsce tylko na południu Europy, ale tam trwa od 12 lat niemal nieustający kryzys gospodarczy a wśród młodych notowane jest nawet 40 procentowe bezrobocie.

Katastrofa demograficzna to cena, która płacimy za decyzje naszej klasy politycznej, która po 1989 roku uznała, że Polska stanie się jednym wielkim obozem taniej siły roboczej, w którym koszty życia zbliżają się do tych na zachodzie. Odbywa się to kosztem społeczeństwa, którego ubywa w zastraszającym tempie.