wtv.pl
W Polsce cierpią miliony zwierząt hodowanych na futra.

Stowarzyszenie Otwarte Klatki

"Zwierzęta zjadały się nawzajem, żeby przeżyć". Wstrząsająca rzeczywistość polskiej branży futrzarskiej [REPORTAŻ]

4 Sierpnia 2021

Autor tekstu:

Jan Kietliński

Udostępnij:

6,37 miliona. Tyle norek przebywa aktualnie w polskich hodowlach. Większość z nich nigdy nie opuści klatek, aby zakończyć swój kilkumiesięczny żywot w rzeźni. Pozostałe będą zmuszone do jak największej liczby porodów, aż poranione i straumatyzowane staną się bezużyteczne i gotowe do odstrzału. Nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt, tak zwana “Piątka Kaczyńskiego”, miała zmienić rzeczywistość hodowli w Polsce. Nie weszła jednak w życie, a zwierzęta hodowlane zostały skazane na dalsze cierpienie. Co dalej z hodowlami zwierząt futerkowych w Polsce?

Po śmierci Jana Kulczyka, świat przekonał się jak ogromny był majątek najbogatszego polaka. Miliarder posiadał liczne nieruchomości na całym świecie, w tym ogromną rezydencję w Szwajcarii, w której nie zdążył pomieszkać przed śmiercią. Alpejska willa odkryła jednak pewien sekret, który przyprawia o ciarki na ciele. Kulczyk posiadał w niej ścianę obitą futrem norek.

- Musiałam ją czyścić kilka godzin, przy użyciu specjalnych środków - mówi była pracownica rezydencji.

- Sama myśl przyprawiała mnie o mdłości, natomiast świadomość, że na ścianie wiszą skóry tysięcy zwierząt była nie do zniesienia. Ale praca, to praca - dodaje.

Futra od zawsze były bowiem towarem luksusowym. Ich ceny potrafią osiągać setki tysięcy złotych, a posiadanie futra jeszcze całkiem niedawno było świadectwem zamożności i elitarnej pozycji. Takie podejście nadal utrzymuje się w Rosji, która przez wiele lat była największym rynkiem futrzarskim na świecie. Jednakże od ostatniej dekady, nawet tam ogromnie spada popyt na futra naturalne, a ichniejsze hodowle stają się nierentowne.

Tymczasem Polska, pomimo zwiększającej się świadomości społecznej, chce stać się globalnym centrum handlu futrami. Dlaczego? Odpowiedź leży w Chinach, które są największym importerem futer na świecie i to właśnie w nas widzą najważniejszego gracza na rynku.

Ferma Norek w Wielkopolsce

Norki to najczęściej hodowane na futra zwierzęta.

Upadek “Piątki Kaczyńskiego”, czyli stracona nadzieja na zamknięcie polskich hodowli 

Dla większości polityków opozycji, “Piątka Kaczyńskiego” była jednym z nielicznych pomysłów PiS-u, pod którym byli gotowi się podpisać. Pojawiały się głosy, że jest to jedyny moralnie słuszny i bezinteresowny projekt partii, który ma na celu poprawę dobrostanu zwierząt w Polsce. Na czym miała polegać nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt i dlaczego nie weszła w życie?

Szczegóły Piątki Kaczyńskiego

Nowelizacja, która nie weszła w życie

Nowelizacja bardzo szybko jednak została poddana zmianom i korektom Terminy, od których miały obowiązywać zakazy ulegały wydłużeniu, a z zakazu uboju rytualnego  został wyłączony drób, w wyniku inicjatywy największego w Polsce hodowcy drobiu - firmy Cedrob. Chwilę później rozpoczęły się protesty pozostałych dotkniętych branż.

W rezultacie Senat nałożył szereg poprawek w nowelizacji. Zakaz uboju rytualnego zgodnie z nimi, miał wejść w życie dopiero 31 grudnia 2025 roku, natomiast hodowla zwierząt na futra miała zakończyć się 1 lipca 2023 r. Zmiany te do dzisiaj nie zostały rozpatrzone przez sejm, a “Piątka Kaczyńskiego” zniknęła z pola widzenia, prawdopodobnie na stałe.

Iwona Hartwich, posłanka PO, wypowiedziała się na temat Piątki Kaczyńskiego. Opowiedziała dlaczego nie weszła ona w życie:

- Nie było większości dla tej ustawy. Bardzo żałuję, że tak się stało. To byłaby jedyna ustawa posła Kaczyńskiego, pod którą bym się podpisała obiema rękami. Trzymałam za nią kciuki - mówi posłanka. 

Hartwich twierdzi, że wyborcy mogą czuć się oszukani:

- Jest wiele osób w Polsce, które liczyło na tę ustawę, a niestety PiS się z niej wycofał, tym samym oszukując swoich wyborców, co nie powinno nikogo dziwić. Rząd PiS jest niewiarygodny i to nie tylko w tej kwestii - mówi.

- Jak kradnie się pieniądze, to trzeba potem gdzieś te pieniądze zarobić. Być może właśnie tak wygląda prawda z tą ustawą i tą „Piątką dla zwierząt” pana Jarosława Kaczyńskiego - dodaje posłanka.

Po upadku “Piątki Kaczyńskiego”, hodowcy zwierząt futerkowych odetchnęli z ulgą. Terror zwierząt hodowlanych mógł trwać nadal. Jednak niewiele później branża stanęła w obliczu ogromnego kryzysu, gdy okazało się, że koronawirus atakuje norki, a te mogą przenosić go na ludzi.

Absolutnie nikt nie mógł się spodziewać, że dla polskich hodowców taki rozwój zdarzeń okaże się prawdziwym błogosławieństwem.

COVID-19 zamyka fermy zwierząt futerkowych na zachodzie. Polskie hodowle ocalone przez zaniedbania GIS?

Gdy zdiagnozowano pierwsze przypadki koronawirusa wśród norek, biznes hodowlany zadrżał. Dania, która była wówczas największym producentem futer w Europie zdecydowała się na radykalny krok, czyli odstrzelenie wszystkich norek w kraju, wstrzymując hodowlę całkowicie. Polskim producentom zaświeciły się oczy. 

- Od upadku “Piątki Kaczyńskiego” sytuacja w Europie się zmieniła. Przemysł futrzarski przestał na dobrą sprawę istnieć w Danii, która była największym producentem futer w Europie - opowiada Marta Korzeniak, działaczka i przedstawicielka mediowa Stowarzyszenia Otwarte Klatki, które zajmuje się walką z hodowlami klatkowymi w Polsce.

- Zobaczymy co tutaj się wydarzy. Jeśli Dania wznowi produkcję, może stać się znowu największą konkurencją dla Polski. Jest to wątpliwe, bo w tym momencie tam po prostu nie ma norek, a Polska została na rynku sama - dodaje działaczka.

- W tym momencie w Danii nie ma hodowli norek, ale nie ma też zakazu. Zakaz dotyczy hodowli lisów na futra, nie norek. Myślę, że każdemu polskiemu hodowcy zależy, żeby hodowla nie została w Danii wznowiona - komentuje.

Marta Korzeniak zwraca uwagę na to, że polskie hodowle były testowane zbyt późno pod kątem koronawirusa. Oznacza to, że wiele norek ubitych na futra mogło być chorych:

- W Polsce na fermach futrzarskich również były przeprowadzone badania pod kątem koronawirusa. Jest to ciekawy przypadek bo na całym świecie SARS-COV-2 rozprzestrzeniał się na fermach norek, a w Polsce  potwierdzono tylko dwa przypadki - mówi aktywistka.

- W całej Europie ponad 400 ferm zostało zakażonych koronawirusem, natomiast w Polsce badania były przeprowadzane bardzo późno, bo na części ferm zwierzęta były już ubite - dodaje.

- Nie dotarły do nas informacje, żeby gdzieś diagnozowano koronawirusa i ciekawe jest to na ile rzeczywiście nie było zakażeń na fermach, a na ile po prostu testy były robione za późno. Tego nie będziemy w stanie się dowiedzieć - komentuje Marta Korzeniak.

“Zastaliśmy 170 martwych zwierząt. Żywe jadły zwłoki martwych”

W trakcie rozmowy z przedstawicielami Otwartych Klatek, dowiedzieliśmy się o licznych nieprawidłowościach i lukach w funkcjonowaniu ferm zwierząt futerkowych w Polsce. Aktywistki opowiedziały nam w jaki sposób wygląda codzienność zwierząt w takich miejscach.

- Mimo tego, że od lat zajmuję się tym tematem, to co roku zaskakuje mnie coś nowego. Niestety nie jest to miłe zaskoczenie i nawet kiedy mi się wydaje, że już wszystko widziałam, to okazuje się, że jednak można tę granicę jeszcze bardziej przesunąć - mówi aktywistka Bogna Wiltowska, zarządzająca działem interwencyjno-śledczym w fundacji Otwarte Klatki

-  Najgorsza sytuacja którą wspominam, to nasza zeszłoroczna interwencja na fermie lisów pod Krotoszynem. Zwierzęta zostały porzucone, a ferma była opuszczona. Dostaliśmy sygnał od mieszkańców, że lisy z tej fermy uciekają, krążą po polach - opowiada.

-  Byliśmy przygotowani na odłowienie może jednego, czy dwóch lisów, które uciekły, natomiast zastaliśmy tam ponad 170 martwych zwierząt. W klatkach było jeszcze kilkadziesiąt żywych, natomiast te żywe przeżyły tylko dlatego, że po prostu pozagryzały współtowarzyszy ze swoich klatek - dodaje Wiltowska.

Padłe lisy na fermie pod Krotoszynem

- Dochodziło już do tak skrajnego kanibalizmu, one odżywiały się po prostu zwłokami martwych lisów. Widok był szokujący. W pewnym momencie ktoś przestał na tę fermę przychodzić, a zwierzęta znalazły się w śmiertelnej pułapce, ponieważ były w klatkach - tłumaczy.

- Okazało się, że właściciel fermy wylądował w więzieniu i pozostawił lisy pod opieką swojej partnerki, która sprawę zignorowała. Nie było nad nimi żadnej kontroli - dodaje.

- Zwierzęta udało się z tych klatek wydostać, te na wolności krążyły w okolicy tej fermy w poszukiwaniu jedzenia, natomiast większa część zwierząt po prostu poumierała z głodu. Nigdy nie zapomnę  widoku lisa który walczył o wydostanie się na wolność i po prostu leżał taki wgryziony w kratę - wspomina ze smutkiem aktywistka.

Fermy futerkowe to codzienna walka zwierząt o przetrwanie.

- Takie sytuacje zdarzają się, może to była taka najbardziej ekstremalna, ale rocznie mamy kilka podobnych interwencji i myślę, że mogłoby być ich jeszcze więcej, gdyby pozwalały na to siły przerobowe - wspomina Bogna Wiltowska.

Aktywiści poinformowali nas, że z fermy udało uratować się osiemnaście lisów.

- Interwencje odbywają się co roku i praktycznie za każdym razem spotykamy okropne obrazki, które są wpisane w ten przemysł - opowiada Marta Korzeniak z Otwartych Klatek.

- To nie są wyjątkowe przypadki, że ktoś te zwierzęta zaniedbał, to nie ma znaczenia, czy idziemy na małą fermę lisów, czy ogromną fermę norek, zawsze widzimy te same obrazy, czyli zwierzęta, które mają rany otwarte, choroby oczu, dziąseł, różne infekcje, pogryzienia i problemy psychiczne - mówi.

- To też jest duży problem, bo zwierzęta często wpadają w apatię, agresję, autoagresję, czy kanibalizm. Te problemy spotykamy praktycznie na każdej fermie. Kontrole mogą być, natomiast to są dzikie zwierzęta zamknięte w klatkach, w których nigdy nie powinny przebywać - dodaje.

Marta Korzeniak tłumaczy również w jaki sposób wygląda hodowla zwierząt na fermach. Okazuje się, że system hodowli na całym świecie jest identyczny:

- Hodowla zwierząt na futra tak na dobrą sprawę wygląda wszędzie podobnie, to nie ma znaczenia, czy mówimy o Europie, Chinach, czy Kanadzie, bo wszędzie stosowany jest system hodowli klatkowej.

- W każdym kraju zwierzęta hodowane są w klatkach i cykl ten też wygląda podobnie. W tym czasie jedyne momenty, w których zwierzęta przebywają poza klatkami to wtedy, gdy są odseparowywane od matek lub ważone. Poza tym są w klatkach przez całe swoje życie - opowiada aktywistka.

-  To wszystko są małe, ciasne klatki, zwierzęta nie mają możliwości realizowania swoich potrzeb. Norki to w naturze bardzo aktywne zwierzęta, które pokonują duże dystanse, wykorzystują różne kryjówki, dużo pływają, eksplorują, polują. Na fermach futrzarskich nie mają absolutnie takich możliwości - dodaje.

- Dużo się mówi o podnoszeniu dobrostanu zwierząt, zamiast zakazywaniu hodowli i były już takie próby. Szwajcaria i Niemcy podjęły się takiego zadania, natomiast okazało się, że ekonomicznie się to w ogóle nie opłaca - informuje Marta Korzeniak.

- W tych krajach hodowli nie ma, nie na skutek zakazu, tylko zmiany zasad funkcjonowania hodowli, które stały się nieopłacalne. Okazało się, że po prostu nie da się podnieść poziomu życia zwierząt w taki sposób, żeby było to opłacalne dla hodowcy - komentuje aktywistka.

Truchło pozagryzanych lisów.

Układy, znajomości i zatajanie cierpienia zwierząt, to norma na polskich fermach

Aktywistki Otwartych Klatek zwróciły uwagę na ogromny problem i nieprawidłowości związane z kontrolami państwowymi na polskich hodowlach. Wskazują one na to, że wizyty ze strony państwa są zapowiadane, a w wielu miejscach hodowcy posługują się znajomościami i wpływami, aby wyniki kontroli były pozytywne. 

  - Każda ferma futrzarska jest kontrolowana przez powiatową inspekcję weterynaryjną raz w roku. Natomiast te kontrole wyglądają bardzo różnie. Wiele zależy od znajomości w danym powiecie, a także wielkości fermy - mówi Marta Korzeniak.

- Kontrole są raz w roku, więc w tym czasie wiele rzeczy może się zmienić. To co jest najgorsze, to fakt, że kontrole są zapowiedziane. Hodowcy wiedzą, że muszą posprzątać, przygotować się, wynieść chore zwierzęta - zauważa aktywistka. 

Marta Korzeniak tłumaczy dlaczego zapowiedziane kontrole są nieskuteczne i jak bardzo wadliwy jest ten system:

- Zapowiedziane kontrole to duży problem z wielu powodów. Po pierwsze inspekcja weterynaryjna ma ogromny problem z personelem, brakuje im ludzi. Po drugie, zdarza się, że hodowca zna się z kimś z inspekcji, lub gminy. Są to typowe, małomiasteczkowe znajomości, które wpływają na to, że wiele ferm nie jest pod odpowiednim nadzorem - mówi aktywistka.

- To nie dotyczy tylko małych ferm, w zeszłym roku przeprowadziliśmy dwumiesięczne śledztwo na największej fermie norek w Polsce - w Góreczkach, no i te wszystkie problemy też tam były. Ferma ta należy do Wojciecha Wójcika, brata Szczepana Wójcika, który zawsze zaznacza jak dba o zwierzęta i mówi, że norki mają lepiej niż ludzie na jego fermach - dodaje.

- Przez dwa miesiące nasz aktywista, który zatrudnił się na tej fermie, nagrał wszystkie te problemy - padłe zwierzęta z niewiadomych przyczyn, ślinotoki, kanibalizm, wzajemne ataki. I to wszystko na największej fermie w kraju - informuje Korzeniak.

Na fermie Szczepana Wójcika w Góreczkach

Ferma norek Szczepana Wójcika

- Natomiast w przypadku naszych interwencji, one często odbywają się na życzenie mieszkańców, którzy zgłaszają ogromny smród z ferm. Wtedy można łatwo zobaczyć jak wygląda rzeczywistość na fermie, która nie jest przygotowana do kontroli - dodaje aktywistka.

Bogna Wiltowska, która jest odpowiedzialna za interwencje i kontrole Otwartych Klatek na fermach opowiedziała jak sprawa wygląda z jej perspektywy:

- Jeżeli chodzi o nasze działania, to faktycznie tutaj różnimy się od kontroli państwowych. My podejmujemy działania interwencyjne, więc one zazwyczaj mają charakter bardzo nagły, dzięki czemu hodowcy niczego się nie spodziewają - mówi aktywistka. 

- W ten sposób możemy nakryć hodowców na gorącym uczynku i np. dzięki ustawie o ochronie zwierząt, odebrać hodowcy chore zwierzęta. Wtedy też rozpoczynamy postępowanie o podejrzeniu przestępstwa znęcania się nad zwierzętami - dodaje.

- Największym problemem jest to, że normy utrzymania zwierząt na fermach są dramatycznie niskie. Jeżeli inspektor z inspekcji weterynaryjnej widzi nawet jakieś drobne uchybienia, to naprawdę hodowca powinien być bezwzględnie bardzo surowo karany, bo to oznacza że już naprawdę jest bardzo źle - opowiada Wiltowska.

- Niestety w większości przypadków tak się nie dzieje - komentuje.

- Wyobraźmy sobie latem te upały dochodzące dzisiaj do 35 stopni. Mamy zamkniętego lisa polarnego, czyli gatunek, który w ogóle w Polsce nie powinien się znaleźć - mówi.

- Lis zamknięty jest w ciasnej klatce i nie ma dostępu do wody, albo poidło ma zanieczyszczone odchodami. Nawet jeżeli inspekcja nakaże usunięcia tego uchybienia, to później tego nie zweryfikują i tak naprawdę za tydzień, za dwa, ta sytuacja może się powtórzyć. Inspekcja nie ma personelu, żeby to zweryfikować - dodaje aktywistka.

- W zasadzie te kontrole są bardzo pobieżne i niestety naszym zdaniem nie są one przeprowadzane w sposób prawidłowy. Nie jest tak w każdym przypadku, ale na pewno w większości - podsumowuje.

- Mieliśmy sytuację, że interweniowaliśmy na fermie nielegalnej, która nie była wpisana do rejestru - wspomina Wiltowska.

- Inspekcja weterynaryjna nie wiedziała, jak tę sytuację rozwiązać, więc po prostu postanowiła fermę zalegalizować. Została ona po prostu zarejestrowana, więc tak naprawdę, to, czy ferma jest legalna, bądź nielegalna niewiele znaczy - informuje.

Bogna Wiltowska wskazuje, że często hodowcy nie chcą wpuszczać aktywistów na swoje fermy:

- Hodowcy zdają sobie sprawę z tego, że mają wiele do ukrycia. Nie chcą nas wpuszczać, ponieważ na wielu fermach dochodzi do sytuacji zagrożenia życia zdrowia zwierząt, co na fermach futrzarskich nie jest wyjątkowe - mówi.

- Gdy takie sytuacje się zdarzają wzywamy policję i to oni powinni wtedy interweniować. Ustawa o ochronie zwierząt w pewien sposób obliguje policję do pomocy nam - dodaje.

Na fermach przebywają miliony norek

Polskie hodowle w liczbach. Chiny chcą inwestować w rozwój polskiej branży futrzarskiej

Większość hodowanych w Polsce na futra zwierząt to obecnie norki. Funkcjonują u nas 354 fermy, a łączna liczba trzymanych w klatkach norek to obecnie ok. 6,37 mln. Drugie pod względem popularności są króliki (nieco ponad 200 tys.), a trzecie – szynszyle (ok. 111 tys.) - dane z ostatniego badania na 2020 r.

Cykl życia norki w hodowli jest prosty. Zwierzę rodzi się na wiosnę, stara się przeżyć lato, następnie jesienią jest ubijane, a skóra zostaje wystawiona na aukcji. Średnio każda norka żyje zaledwie 5-6 miesięcy. To, że zwierzęta mają odgryzione łapy, rany na całym ciele, a swoje krótkie życie spędzają w klatkach nie przeszkadza hodowcom. Natomiast wyniki sprzedażowe pokazują, że zaczyna przeszkadzać ludziom.

Mimo wzrastającej liczby norek, z pięciu milionów w 2018 r, do ponad sześciu w 2019 r, branża futrzarska sprzedaje coraz mniej futer.

Ceny skór spadają co roku

 Jednak sytuacja może się drastycznie zmienić. Dania wypadła z gry jeśli chodzi o hodowlę norek. Teraz to Polska jest największym europejskim graczem i to do nas należy eksportowy monopol. Współpracą z nami zainteresowały się w tym roku Chiny, które kupują najwięcej futer na całym świecie.

To właśnie kapitał chiński ma pomóc w otwarciu u nas ogromnego domu aukcyjnego i jak mówią hodowcy - zrobić z polski “globalne centrum handlu futrami”. Jeśli Dania nie wznowi produkcji, a Polska nie zmieni zasad hodowli, już na przełomie 2021 i 2022 r. mogą odbyć się u nas wspierane przez Chiny, największe aukcje skór na świecie.

Holenderscy hodowcy pośrednio odpowiedzialni za ekspansję branży futrzarskiej w Polsce

 Polska aktualnie jest największym hodowcą zwierząt futerkowych w Europie. Jak się okazuje, wpływ na rozwój tej branży w Polsce miało wprowadzenie przez Holandię zakazu hodowli zwierząt na futra. 

 Paradoksalnie, likwidacja jednego potentata, spowodowała powstanie drugiego, bo holenderscy hodowcy zaczęli przenosić swoje biznesy do nas:

 - Holandia w 2012 r. podjęła decyzję o wprowadzeniu zakazu, który miał wejść w życie od 2026 r.  Z uwagi na koronawirusa został on przyspieszony - opowiada Marta Korzeniak.

- Bum futrzarstwa w Polsce miał miejsce właśnie w 2012/2013 r, gdy holenderscy hodowcy zaczęli zakładać biznesy w Polsce, bo bardziej im się to opłacało. Nie było u nas regulacji jeśli chodzi o ochronę środowiska, nie było też świadomości społecznej, z czym się wiąże przemysł futrzarski - dodaje aktywistka.

- Sporo większych ferm w Polsce powstało z inicjatywy hodowców holenderskich, a także polskich hodowców jak Szczepan Wójcik, który jest najbardziej rozpoznawalnym hodowcą zwierząt futerkowych. On sam nauczył się wszystkiego w Holandii i dopiero później przywiózł do Polski swój biznes - mówi Korzeniak.

- W 2013 r. ceny skór były najwyższe w historii, dlatego przenoszenie hodowli z Holandii do Polski było opłacalne - dodaje.

Aktywistka Otwartych Klatek zauważa jedną, istotną rzecz:

- Teraz ruchy anty-futrzarskie w Polsce są na tyle silne, że może się okazać, że ci sami inwestorzy, którzy jeszcze parę lat temu przenosili się tutaj, będą musieli znowu się przenosić, dalej na wschód.

- Przenoszenie hodowli za granicę jest o tyle ryzykowne, że są kraje jak np. Węgry, gdzie hodowli zwierząt w ogóle nie było, a oni wprowadzili zakaz na wypadek, gdyby inwestorzy mieli nagle otwierać hodowle u nich - dodaje Marta Korzeniak.

 “Norki rosną, więc srają i będzie walić bardziej”

W najnowszej książce Magdaleny i Maksymiliana Rigamontich “Stos”, która portretuje nieszablonowe kobiety, pojawia się Małgorzata Nowak. Kobieta walczy z hodowcami zwierząt futerkowych i zauważa jedno - ludziom przeszkadza cierpienie norek, gdy za bardzo śmierdzi.

Małgorzata Nowak w wywiadzie do książki Rigamontich powiedziała wprost - mieszkańcy wsi, na którą się sprowadziła byli przyzwyczajeni do tego, że wieczorem okien się nie otwiera. 

- Sąsiad powiedział, że wieczorem będzie gorzej. I rzeczywiście, w pewnym momencie walnęło smrodem, takim, którego do tej pory nie znaliśmy. Duszącym, kwaśnym… strasznym - mówi Nowak.

- Inny sąsiad uświadomił nas, że norki rosną, więc srają więcej. I teraz będzie jeszcze gorzej - dodaje.

Bogna Wiltowska zauważyła pewną analogię. Zaalarmowani smrodem ludzie zgłaszają się do Otwartych Klatek pełni obaw:

- Ludzi niepokoi ten zapach, który jest faktycznie bardzo uciążliwy, a także hałas, bo zwierzęta potrafią być bardzo głośno. W szczególności szczekanie lisów, ono jest bardzo charakterystyczne i alarmuje ludzi - mówi.

- Niektórzy zaglądają przez plot i doznają szoku, że za płotem jest ferma, że te zwierzęta są zamknięte w bardzo ciasnych klatkach. Zachowanie też potrafi być niepokojące, a ludzie są przekonani, że te fermy są nielegalne - dodaje. 

- Najgorsze jest to, że po weryfikacji zgłoszenia okazuje się, że te fermy funkcjonują legalnie i niestety to co ludzi szokuje, jest normą, a my nie możemy podjąć interwencji - informuje aktywistka.

Baraki największej fermy norek w Polsce

Polskie związki hodowców i Certyfikat WelFur. “Nie wierzę w ich dobre intencje”

Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych to organizacja zrzeszająca hodowców zwierząt na futra w Polsce. Na ich stronie możemy przeczytać, że dobrostan zwierząt to rzecz dla nich najważniejsza.

Związek podpiera się tym, że zrzeszone hodowle posiadają Certyfikat Welfur, który ma być świadectwem dobrego traktowania i unormowanych warunków w hodowlach. Czym tak naprawdę jest WelFur?

Marta Korzeniak z Otwartych Klatek zapytana o tę kwestię odpowiada prosto:

- Jeśli mówimy o dobrostanie zwierząt hodowanych na futra, mówimy o czymś, czego nie ma. Są to zwierzęta dzikie i nie jesteśmy w stanie zapewnić im dobrych warunków w klatkach.

- Welfur to certyfikat, który powstał z inicjatywy samego przemysłu futrzarskiego. Przez niego został stworzony, więc nie jest to w żaden sposób rzetelny i wymierny dokument - informuje aktywistka.

- Został wprowadzony tylko po to, żeby dać poczucie, że hodowcy jak i przemysł futrzarski dbają o dobrostan zwierząt. Certyfikat został wprowadzony w momencie, w którym zaczęły pojawiać się ograniczenia w hodowlach w krajach europejskich. To miało dać sygnał, że wprowadzanie kolejnych zakazów nie jest potrzebne, bo przemysł futrzarski zadba o dobrostan zwierząt - dodaje.

Norki to dzikie zwierzęta, które walczą ze sobą w klatkach

Korzeniak zaznacza, że certyfikat nie bierze pod uwagę wielu czynników, w tym np. stanu psychicznego zwierząt:

- Zostało udowodnione, że ten certyfikat nie bierze pod uwagę np. kwestii zdrowia psychicznego zwierząt, ale też takich rzeczy jak podstawowe cechy warunkowe zwierząt, jak norki i lisy, które są zwierzętami dzikimi - mówi.

- Wpływy hodowców zwierząt futerkowych są bardzo znaczące po stronie, która odpowiada za kontrole przeprowadzane przez Welfur. Ciężko tu mówić o jakimkolwiek obiektywizmie, bo rządzą tu układy - dodaje.

Mike Moser, który przez dekadę pracował jako prezes Brytyjskiego Stowarzyszenia Handlowców Futrami, dzisiaj jest wielkim przeciwnikiem hodowli. Jak sam zaznacza - certyfikat Welfur to bzdura, fikcja i próba zatuszowania skandalicznych warunków na fermach.

- “Odwiedziłem fermy na całym świecie. Widziałem uwięzione w klatkach zwierzęta, zestresowane i cierpiące. Wzywam pana, Panie Premierze, aby zakończyć te okrutne praktyki i zakazać sprzedaży futer w Wielkiej Brytanii” - w ten sposób, w zeszłym roku, Moser zaapelował do premiera Wielkiej Brytanii, Borisa Johnsona, o wprowadzenie oficjalnego zakazu sprzedaży futer na Wyspach. 

Z kolei Bogna Wiltowska w ten sposób wypowiada się na temat związków:

- Tych związków jest kilka. To nie jest tak, że hodowcy stowarzyszają się w jednym, konkretnym związku. Poza PZHiPZF jest jeszcze kilka związków, które w zasadzie funkcjonują w podobny sposób - mówi.

-  Działają według zasady, że “jak ktoś złapie Cię za rękę, to mów, że to nie moja ręka”. Zawsze jak mieliśmy jakieś interwencje na fermach, gdzie wiedzieliśmy, że to są hodowcy stowarzyszeni w związkach, to po prostu dany związek nabierał wody w usta, albo wręcz się nie przyznawał się, mówił, że to nie jest żaden członek - dodaje.

- Dany hodowca był w trybie ekspresowym z tego związku usuwany, a sprawa była zamiatana pod dywan - komentuje Bogna Wiltowska.

Marta Korzeniak zapytana o to co sądzi na temat działalności Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych, odpowiedziała krótko:

- Wiem kim są, natomiast nie mieliśmy nigdy prób dialogu. Nie wierzę w ich dobre intencje, poznałam ten przemysł na tyle dobrze, że nie ma mowy o jakichkolwiek kompromisach. Musimy dążyć do jednoznacznego zakazu hodowli zwierząt na futra.

Zapytaliśmy PZHiPZF o komentarz do tego reportażu. Przedstawiciele związku odmówili.

Ferma norek Szczepana Wójcika

Zwierzęta z zamkniętych hodowli nie mają gdzie się podziać

Aktywistki Otwartych Klatek mówią, że zamknięcie hodowli to nie koniec jej problemów. Uratowane zwierzęta zmagają się z poważnymi problemami i ciężko znaleźć dla nich miejsce. Paradoksalnie, wiele zwierząt nie nadaje się do życia na wolności.

- Po zamknięciu ferm, jak np. fermy lisów w Karskach, Goliszowie pod legnica, nielegalnej hodowli w Raciborsku, czy makabrycznej fermy w Krotoszynie, Kiełczewie… pojawił się problem, bo nie było co zrobić z tymi zwierzętami - mówi Bogna Wiltowska.

- Nie ma takiego azylu, czy sanktuariów,  które te zwierzęta mogłyby przyjmować. To są zwierzęta dzikie, więc znalezienie dla nich domu docelowego na te kilka lat jest problematyczne - dodaje.

- Na fermach te zwierzęta żyją przez kilka miesięcy, natomiast na wolności mogą żyć przez wiele lat. Co mamy zrobić, gdy zamykamy fermę, na której żyje 300-400 lisów? - opowiada aktywistka.

Na szczęście są instytucje, które pomagają uratowanym z ferm zwierzętom:

- Część zwierząt udaje się uratować, np umieścić w azylach. Dobrym przykładem jest poznańskie zoo, które jako jedyne w Polsce zgodziło się przyjąć część zwierząt z ferm futrzarskich. Można je tam odwiedzić i przy okazji ma to też wymiar edukacyjny - mówi Wiltowska.

- Ogrody zoologiczne odmawiają rehabilitacji dla takich zwierząt, to jest trudne, bo takie ośrodki są od dzikich zwierząt, a te zwierzęta są na pograniczu. Z jednej strony są dzikie, z drugiej strony są zwierzętami hodowlanymi i przyszły na ten świat sztucznie  - tłumaczy.

- Jest to trudne i uważam, że jakby te zwierzęta miały zostać ostatni raz na tej fermie ubite, to i tak uważam zamknięcie fermy za sukces. Strata każdego zwierzęcia jest przykra, natomiast pocieszać może świadomość, że więcej ich się już na tej fermie nie urodzi - podsumowuje aktywistka.

Martwe norki

Jaka będzie przyszłość hodowli zwierząt futerkowych w Europie? “Nie widzę szans na powrót tego biznesu do swojej świetności”

Popyt na futra w Europie i Ameryce Północnej ogromnie spada. W Polsce również pojawił się spory sprzeciw społeczny przeciwko hodowlom, aczkolwiek jak zaznaczają aktywistki Otwartych Klatek, nasze społeczeństwo zaczęło budzić się stosunkowo niedawno.

- Aktywna debata społeczna na temat hodowli zwierząt na futra, to tak naprawdę ostatnie 10 lat. To właśnie wtedy nastąpił boom hodowli w Polsce, co wszczęło sprzeciw ludzi, którzy mieszkają obok takich ferm - opowiada Bogna Wiltowska.

- Wcześniej nie było tego zjawiska, nie na taką skalę - dodaje. 

- Co jakiś czas podejmowane są próby i pojawiają się inicjatywy polityczne, żeby hodowli zakazać, natomiast brakuje kropki nad i. Brakuje przede wszystkim odwagi, żeby sprzeciwić się lobby hodowców. Powinniśmy iść w ślady innych krajów w Europie i zamknąć tę branżę - informuje aktywistka.

Faktycznie, w Europie coraz więcej państw zakazuje hodowli zwierząt na futra. Jak wskazuje Marta Korzeniak z Otwartych Klatek, jest to dzisiaj około 14 państw. Wśród nich pojawiły się w ostatnich latach także kraje ze Wschodu Europy, jak Serbia, Węgry, czy Macedonia Północna. 

- W tym roku Estonia dołączyła do listy państw, które zakazały hodowli zwierząt na futra. Wygaszanie hodowli ma potrwać tam do 2026 r. Co roku dowiadujemy się o kolejnych krajach, które odchodzą od hodowli - informuje Korzeniak.

- Janusz Wojciechowski, komisarz do spraw rolnictwa, z ramienia parlamentu europejskiego powiedział, że przemysł futrzarski to branża bez perspektyw. Hodowcy zwierząt futerkowych próbują zrobić z hodowli coś w stylu takiej dumy narodowej, natomiast w praktyce zdecydowana większość świata się od tego biznesu odcina - dodaje aktywistka.

Marta Korzeniak zwraca uwagę na istotny czynnik, który wpływa na spadek popytu na futra:

- Najwięksi projektanci i domy modowe odchodzą od futer, mimo, że były kojarzone z futrami przez długi czas, jak Prada czy Versace. Przystępniejsze marki jak H&M, Zara również nie korzystają już z futer - informuje.

- Rodzime marki w Polsce robią podobnie, bo ponad 100 polskich firm dołączyło do Strefy Wolnej od Futer, a z każdym rokiem lista rośnie - dodaje.

Ten rok może okazać się decydujący dla polskich hodowców zwierząt futerkowych. Na horyzoncie pojawił się wspomniany wcześniej kapitał chiński, który mimo spadku chętnych na futra w Europie, może jeszcze przez wiele lat finansować masowe hodowle w Polsce i korzystać z importu na rynek własny. 

Otwarte Klatki również się tego obawiają:

- To, co może opóźnić koniec przemysłu futrzarskiego w Polsce, to fakt, że zdecydowana większość tych futer jest eksportowana do Rosji, czy Chin, gdzie futra nadal są modne i noszone.

- Natomiast tam też są organizacje, które zwiększają świadomość na temat hodowli. Myślimy, że tam ta moda wynika właśnie z mniejszej świadomości społecznej - mówią aktywistki.

- Act Asia przeprowadziła badanie, z którego wynika, że 30% osób w Chinach, które futra kupuje, zdecydowało się na zakup przez pomyłkę, myśląc, że kupuje futro sztuczne - informuje Marta Korzeniak ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki. 

- Nie chciałabym, żeby Polska kojarzyła się z okrucieństwem i była w czołówce krajów świata, które pozwalają na ten okrutny proceder. W przypadku zwierząt futerkowych nie możemy mówić o poprawie warunków, czy powiększeniu klatek. Hodowla zwierząt na futra w XXI wieku nie powinna w ogóle mieć miejsca - podsumowuje Bogna Wiltowska z Otwartych Klatek.

Żaden ze stowarzyszonych przedsiębiorców w Polskim Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych nie był zainteresowany komentarzem.

Projekt Małgorzaty Tracz to nowa nadzieja na zamknięcie hodowli zwierząt futerkowych w Polsce

Przewodnicząca Partii Zieloni i posłanka Koalicji Obywatelskiej, Małgorzata Tracz, zapowiedziała projekt ustawy zakazującej hodowli zwierząt na futra. O finalnym efekcie mamy dowiedzieć się jesienią, natomiast posłanka podzieliła się z nami kilkoma dotychczasowymi ustaleniami. Czym planowana ustawa różni się od Piątki Kaczyńskiego?

- To będzie prosty projekt - zakłada on tylko zakazanie hodowli zwierząt na futra. Natomiast planujemy dodatkowo vacatio legis - informuje Małgorzata Tracz.

- Nie wiemy jeszcze ile będzie to lat, ale chcemy wprowadzić system odszkodowań. Przykładowo, jak hodowca zrezygnuje z hodowli w pierwszym roku od wejścia w życie ustawy, to dostanie więcej pieniędzy, natomiast gdy zrezygnuje przykładowo w piątym roku, tych pieniędzy będzie mniej - dodaje.

Posłanka twierdzi, że hodowle zwierząt futerkowych nie są lukratywnym biznesem dla państwa:

- Na razie zbieramy materiały i dane dotyczące hodowli. Wiemy, że to jest zysk około czterdziestu milionów rocznie, a do budżetu państwa niewiele z tego nie wpływa - mówi.

- Hodowle to 0,08% PKB, więc nie jest to wielki i dochodowy przemysł dla państwa. W 2019 roku wpływy do budżetu, z hodowli zwierząt na futra, wynosiły jedenaście milionów, a strata z podatku CIT - czterdzieści cztery tysiące złotych - informuje posłanka.

Małgorzata Tracz wypowiedziała się także na temat porażki Piątki. Posłanka twierdzi, że Jarosław Kaczyński przestraszył się konsekwencji swojego pomysłu:

- Nasz projekt będzie dotyczył tylko futer, bo ja jestem zwolenniczką takich krótkich projektów. Piątka Kaczyńskiego była drugim podejściem nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, które skończyło się tak jak pierwsze, czyli fiaskiem - mówi.

- W momencie, w którym robi się wielki projekt i dotyczy on wielu grup interesów, jak w tym wypadku byli to hodowcy zwierząt futerkowych, rolnicy, cyrkowcy, to sprawia to, że jest on łatwiejszy do pogrążenia - dodaje. 

- Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński się przestraszył. Nie spodziewał się takiego oporu ze strony własnych wyborców, posłów i senatorów - wspomina posłanka.

- O ile w sejmie większość posłów Zjednoczonej Prawicy była gdzieś tam przymuszona i poparła to rozwiązanie, to w senacie zaczęły robić się problemy, bo senatorowie PiSu byli jasno przeciwko tym zmianom - opowiada.

- Wydaje mi się że Jarosław Kaczyński stwierdził, że lepiej się wycofać, niż zapłacić za to cenę polityczną, czyli rozpad klubu lub odejścia posłów, którzy sprzeciwiali się projektowi - twierdzi Małgorzata Tracz.

- Dlatego wydaje mi się że ten nasz projekt będzie takim najskuteczniejszym, który ma realne szanse na przejście w Sejmie i zdecydowane poparcie w społeczeństwie. Przy okazji piątki dla zwierząt był robiony sondaż przez firmę Ibris, który pokazał, że około 68% ludzi jest przeciwne hodowli zwierząt na futra.  - dodaje.

Przewodnicząca Zielonych jest pewna swojego projektu. Obawia się jedynie tego, że PiS pod wpływem branży futrzarskiej  i planowanych przez Chiny inwestycji, zmieni zdanie na temat hodowli:

- Fiasko Piątki dla zwierząt spowodowało, że hodowcy trochę się rozzuchwalili. Wywalczyli to, żeby tego zakazu nie było, a teraz idą za ciosem i stąd plany otwarcia tej wielkiej aukcji skór przez Chiny - mówi Małgorzata Tracz.

- Dla mnie jedynym sposobem, żeby temu zapobiec, jest zakazanie hodowli. Jeśli chińscy inwestorzy dowiedzieliby się, że są rozmowy o zakazie hodowli zwierząt na futra w Polsce, być może wycofaliby się ze swoich propozycji - dodaje.

- Nasz projekt na pewno będzie takim powiedzeniem: “sprawdzam”. Pamiętamy wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i innych prominentnych polityków PiS-u, którzy promowali piątkę dla zwierząt - wspomina posłanka.

- Teraz pytanie - czy jednak biznes wygra? Byłaby to pewnego rodzaju hipokryzja, bo z jednej strony promujemy zakaz moralnymi kwestiami, a teraz będziemy tłumaczyć utrzymanie hodowli biznesem. Wydaje mi się, że nie da się tego wytłumaczyć - mówi.

- Moim zdaniem złożenie takiego projektu, dotyczącego tylko i wyłącznie zakazu hodowli zwierząt na futra, pokaże prawdziwe intencje Kaczyńskiego i ministra Pudy. Nagle miałoby się okazać że o 180 stopni zmienili kurs? Byłoby to oszukiwanie wyborców - komentuje Małgorzata Tracz.

- Piątka dla zwierząt była szeroko dyskutowana, obdarzona przez PiS sporą kampanią poparcia. Okazała się niestety fiaskiem. Mam nadzieję, że okażą chociaż ten gest dobrej woli popierając zakaz hodowli na futra - podsumowuje posłanka.

Zapytaliśmy posłankę o to, czy spotkała się z negatywną reakcją przeciwników hodowli:

- Na razie nie zgłosili się do mnie żadni przeciwnicy, ponieważ my dopiero zapowiedzieliśmy złożenie tego projektu. Natomiast nawet jeśli by tak było, to nie zmieni mojego podejścia i nie wycofam się z tego pomysłu - twierdzi Tracz.

- Jeśli chodzi o złożenie projektu, uważam, że hodowcy już od lat mieli wysyłane sygnały, że może to nastąpić. Jeszcze w poprzedniej kadencji sejmu był projekt ustawy, który miał zakazywać hodowli zwierząt na futra - mówi.

- Tak naprawdę zyski z tych hodowli, to są bardzo wąskie zyski małej grupy przedsiębiorców. Nie są to także wielkie miejsca pracy, jest to z reguły bardzo słabo opłacana i ciężka fizycznie i psychicznie praca - wskazuje posłanka.

- Często w sposób nie do końca legalny są zatrudniani pracownicy, więc nie ma argumentu, że fermy tworzą miejsca pracy i wspomagają Polską gospodarkę - dodaje.

Małgorzata Tracz obiecuje solidny projekt, który będzie przygotowany lepiej niż Piątka. Trzyma kciuki za szybkie rozpatrzenie go przez sejm: 

- Ja ze swojej strony dopilnuję, żeby był to porządny projekt, żeby nie był napisany na kolanie, tak jak po części była Piątka Kaczyńskiego - mówi.

- Później pałeczka jest po stronie marszałek Witek. To ona decyduje, czy projekt trafia do sejmowej zamrażarki, czy idzie na komisję sejmową Jeśli trafi do komisji, będę bardzo zadowolona, bo to się też nie zdarza szybko - dodaje.

- Jeden z moich projektów był rozpatrywany po półtora roku od złożenia. Pierwszy sprawdzian pojawi się na komisji rolnictwa, do której też należę. Zobaczymy, jak zagłosują posłowie PiS-u - wskazuje posłanka.

- Dołożę wszelkich starań żeby się udało. My też współpracujemy z Otwartymi Klatkami, które są według mnie świetną organizacją, wyspecjalizowaną od lat w tym zakresie - opowiada.

- Miejmy nadzieję, że to ruszy, a koniec końców, jeśli nie będą chcieli go procedować, po prostu pokażemy, że nie odpuszczamy ważnych tematów. Na razie mamy to narzędzie, dzięki któremu możemy starać się zapobiec cierpieniu zwierząt - podsumowuje przewodnicząca Partii Zieloni, Małgorzata Tracz.

Norki w hodowlach

Jan KietlińskiAutor

Jestem byłym studentem stosunków międzynarodowych na Uczelni Łazarskiego. Interesują mnie tematy sfery społecznej i kulturowej. Uwielbiam podróżować i poznawać nowe zwyczaje i tradycje, pasjonuje mnie lokalny folklor. Odwiedziłem ponad 40 krajów i uważam się za obywatela świata. Płynnie władam językiem angielskim i rosyjskim, a w planie mam naukę kilku języków skandynawskich.

Chcesz się ze mną skontaktować?

Napisz adresowaną do mnie wiadomość na mail: jan.kietlinski@wtv.pl

Podobne artykuły

Konferencja prasowa z udzialem premiera Mateusza Morawieckiego, ministra spraw wewnetrznych i administracji Mariusza Kaminskiego oraz Komendanta Glownego Policji gen. insp. Jaroslawa Szymczyka, w sprawie bezpieczenstwa funkcjonariuszy policji w kontekscie pobicia w Pastuchowie.

Tylko u nas

Dziennikarze pytają, MSWiA milczy. Dlaczego ministerstwo nie odpowiada na pytania o uchodźców?

Czytaj więcej >

Tylko u nas

Hanna Gill-Piątek o stanie wyjątkowym: "Nikt już nie będzie mógł patrzeć na ręce władzy, przez którą zaczną umierać tam ludzie"

Czytaj więcej >

Tylko u nas

Huragan Ida w Luizjanie. "Dom sąsiadów właśnie płonie i jest zalewany, w środku niemowlę, proszę pomóżcie"

Czytaj więcej >
Piotr Molecki/East News

Tylko u nas

Nauczyciele masowo odchodzą ze szkół. ZNP: „Będziemy mieli do czynienia z poważnym kryzysem”

Czytaj więcej >
Jakub Kaminski/East News

Tylko u nas

Zapytaliśmy Małgorzatę Kidawę-Błońską o uchodźców. Wypowiedź zaskakuje

Czytaj więcej >
W Międzynarodowy Dzień Psa skupiamy się na mopsach.

Tylko u nas

“Mopsy są modne cały czas”. Dziś Międzynarodowy Dzień Psa - na co powinniśmy zwrócić większą uwagę?

Czytaj więcej >