wtv.pl
Szpital psychiatryczny

Zdjęcie ilustracyjne: Jakub Kaminski/East News

"Małgosia opowiadała mi o pacjentach, którzy próbują krzywdzić się, czym tylko się da". Co się dzieje w szpitalach psychiatrycznych?

19 Marca 2021

Autor tekstu:

Alan Wysocki

Udostępnij:

14-letnia Małgosia trafiła pod opiekę lekarzy szpitala psychiatrycznego w Konstancinie po próbie samobójczej. Osiem miesięcy później została skierowana na oddział dla dzieci i młodzieży przy ulicy Sobieskiego, w Warszawie. Wraz z mamą, Dorotą powiedziały, co działo się w obu placówkach.

Na wstępie chcemy zaznaczyć, że ze względu na komfort naszych rozmówczyń, zanonimizowaliśmy ich dane. 

14-latka już wcześniej korzystała z prywatnej opieki lekarza psychiatry. Po próbie samobójczej doszło do pilnej konsultacji, podczas której skierowano Małgorzatę do szpitala psychiatrycznego w Konstancinie. - Najpierw odbyło się przeszukiwanie torby. Obejrzano każdy przedmiot. Dopiero na miejscu otrzymujesz informacje, że nie można wnieść żadnych sznurków, elastycznych rzeczy, ponieważ ktoś może wykorzystać je do zrobienia sobie krzywdy, podjęcia próby samobójczej. Odpadają sznurki przy bluzach, spodniach dresowych. Zamiast butów, trzeba od razu włożyć kapcie - wyjaśnia nam mama dziewczynki, Dorota. 

Pierwsze dni w szpitalu: "Małgosia opowiadała mi o pacjentach, którzy próbują krzywdzić się, czym tylko się da"

Jedną z pierwszych czynności jest przekazanie opiekunowi prawnemu regulaminu szpitala. - Zapoznawało się z nim dziecko, a rodzic składał podpis. Poniżej 16. roku życia pacjent nie może złożyć podpisu pod kartą - słyszymy. Małgorzata do szpitala przyniosła jedną torbę z ubraniami, która musiała przejść kwarantannę, podobnie jak 14-latka. Skierowano ją do specjalnego pokoju, gdzie mieściły się cztery łóżka i łazienka.  

- Było bardzo nudno. W odizolowanym pokoju była zamknięta łazienka. Żeby z niej skorzystać, trzeba było machać do kamery, ale nikt tego monitoringu nie sprawdzał. Czasem trzeba było machać nawet pół godziny, żeby załatwić potrzeby fizjologiczne. Mogłam mieć przy sobie jedną książkę, jedną rzecz, która będzie zapewniać mi rozrywkę. Trzy razy dziennie dostawaliśmy jedzenie - wspomina pacjentka.

- Czułam się dziwnie, że jestem zamknięta w takim pomieszczeniu. Całe dnie spędziłam leżąc w łóżku. Nawet nie wiem, w jaki sposób wykazano, że nie mam koronawirusa. Nie zrobiono mi żadnego testu. Spędziłam kilka dni na kwarantannie. Inni mieli siedzieć tam nawet tydzień. Jak pytałam innych pacjentów, to byli zdziwieni, że tak szybko wyszłam. Jedni mieli spędzać w pokoju 7 dni, inni 5. Nie wiadomo, komu robili testy, to było jak losowanie - słyszymy - Część pacjentek musiało przejść testy ciążowe - dodaje Małgorzata.

Na oddziale byli pacjenci w wieku od 14 do 18 lat. Przebywało tam około 25 osób.

- Kiedy wyszłam z kwarantanny, miałam krótką rozmowę zapoznawczą z moim lekarzem prowadzącym. Dopiero w następnym tygodniu miałam pierwszą sesję z psychologiem i lekarzem prowadzącym. Takie spotkanie wygląda jak zwykła sesja terapeutyczna. Padają pytania o przeszłość, relacje rodzinne, problemy - tłumaczy nastolatka. 

- Od razu zapoznano mnie z całym oddziałem. Wyjaśniono mi zasady. Nie można wchodzić do pokoju płci przeciwnej. Nie można się przytulać i całować. Nie trzeba było nosić maseczek. Trafiłam do 3-osobowego pokoju. W szpitalu była jedna pacjentka, która wymagała stałego pilnowania. Pozostałe osoby zmagały się z myślami samobójczymi, depresją, lękami, zaburzeniami osobowości, zaburzeniami odżywiania - wyjaśnia 14-latka. - Małgosia opowiadała mi o pacjentach, którzy próbują krzywdzić się, czym tylko się da. O dziewczynce, która nie miała, czym zrobić sobie krzywdy, więc rozdrapywała stare rany. Historie, o których się nie słyszy na co dzień - dodaje Dorota.

- Jedna dziewczynka miała omamy. Mówiła, że ktoś po nią przyjdzie. Bała się zostawać sama, bo mówiła, że "oni tu przyjdą", że "zabiorą ją stąd" - deklaruje - Raz uciekłam z pokoju, ponieważ stawała nade mną i mówiła "nie ruszaj się, bo coś za tobą widzę". Coś jej się wydawało - uzupełnia Małgorzata.

- Rano około 8 jedliśmy śniadanie. Wszyscy jedliśmy w jednej świetlicy. Mogliśmy tam oglądać telewizję. Później koło godziny 13 był obiad i około godziny 18 była kolacja. Mogliśmy też chodzić do klasy, oglądać filmy, robić coś z koralików. Dostawaliśmy karty pracy z różnych przedmiotów, żeby nadrabiać zaległości w szkole - tłumaczy. 

- Mieliśmy zajęcia psychologiczne, terapie grupowe, muzykoterapię, psychorysunki. Dzielono nas na grupy. Codziennie mieliśmy te zajęcia. O 9 rano mieliśmy tzw. "społeczność", by spotkać się z całym personelem medycznym, żeby porozmawiać o swoich problemach i sprawach bieżących. Pytaliśmy się też wszystkich o samopoczucie. Informowano nas wtedy o planie zajęć - podaje była pacjentka.

 "Część personelu nie rozumiało naszych problemów. Nie wiem, czy w ogóle chcieli nas zrozumieć"

Relacje między rówieśnikami układały się bez większych problemów. Młodzież była dla siebie wyrozumiała. Nie dochodziło do wyzwisk, niestosowych zachowań. - Byliśmy grupą rozumiejących się ludzi. Wiedzieliśmy, że musimy po prostu przez to przejść - tłumaczy nam Małgorzata. Nieco inaczej wyglądały relacje z personelem. 14-latka wyjaśniła, że wszystko zależało od konkretnej osoby.

- Niektórzy odzywali się bardzo nieprzyzwoicie. Jedna pacjentka chciała otrzymać paczkę od swojej mamy. Sanitariusz nazwał ją "gówniarą" i powiedział, żeby nie myślała tylko o sobie. Część personelu nie rozumiało naszych problemów. Nie wiem, czy w ogóle chcieli nas zrozumieć. Pielęgniarki dziwiło, że ktoś boi się podejść do personelu, żeby coś powiedzieć, zakomunikować, że źle się czuje. Strasznie je to dziwiło, a dla nas to był naprawdę wielki kłopot - deklaruje. 

- Mówiły, że to dziwne, że pacjent przychodzi z kimś, że nie potrzebujemy adwokatów. Personel rzadko zwracał uwagę na to, co się dzieje na kamerach. Zwracano tylko uwagę na wejście do pokoju płci przeciwnej. Było to zauważane po 30 minutach. Ludzie się całowali nawet przed kamerami - dodaje. 

Ucieczka w szpitalu psychiatrycznym. W ramach kary zbiorowej ograniczono prawa do telefonów i zamknięto łazienki w pokojach

- Jedna osoba uciekła ze szpitala przez okno w łazience. Ono było niewidoczne dla kamer, ponieważ nie byliśmy nagrywani w takich miejscach - podaje - Personel zorientował się dopiero, kiedy łazienki były zamykane. Łazienki w pokojach były otwierane o 19, a zamykane o 20. W niektórych było okno, które dawało się otworzyć szczoteczką do zębów - słyszymy.

Należy zaznaczyć, że na oddziale pracuje osobna grupa nadzorująca monitoring.

- Kiedy nie znaleziono tego pacjenta, personel zrozumiał, że coś jest nie tak. Całą winę zwalono na nas. Odbyło się spotkanie pacjentów z panią ordynator, pielęgniarkami i sanitariuszem. Mówiono, że zagadywaliśmy personel podczas zamykania łazienek, zakłócaliśmy ich pracę. Ponieśliśmy karę zbiorową - słyszymy - Tłumaczyłam, że moja mama codziennie martwi się o swoje dziecko, które chce popełnić samobójstwo i nie wyobrażam sobie, żeby nie miała ze mną kontaktu, albo miała ograniczony kontakt, bo to jest wbrew prawom pacjenta - opowiada Małgorzata.

Jak się okazało, pacjentom odebrano telefony. Wcześniej dzieci mogły korzystać z nich od 13 do 19.30. Personel ograniczył to prawo do dwóch godzin od 17 do 19. Od 18 zaczyna się jednak kolacja, podczas której nie można wykonywać telefonów. Następnie doszło do zmodyfikowania kary. Telefony udostępniono od 14 do 18, nie biorąc pod uwagę czasu pracy rodziców. Należy zaznaczyć, że nie są to telefony dotykowe. W szpitalach psychiatrycznych dozwolone są telefony bez dostępu do internetu, kamery, aparatu. Komórki służą jedynie do nawiązania kontaktu z rodziną i przyjaciółmi

"Zdałam sobie sprawę z narażania córki na kąpanie się w toalecie, do której wejść może każdy"

- Próbowałam się połączyć z Małgosią przez ponad godzinę. Nie ukrywam, że przy każdej próbie byłam coraz bardziej zdenerwowana. Córka przez pierwsze dwa tygodnie bardzo ciężko znosiła pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Nie chciała współpracować z lekarzami, fatalnie się czuła. Rozmawiałyśmy o tym każdego dnia. To było strasznie trudne. Bałam się, że coś jej się stało. Miałam świadomość, że byłabym poinformowana, ale personel może chciał najpierw jej pomóc - informuje nas Dorota. 

- Zaczęłam wydzwaniać do gabinetu lekarskiego. Telefon był non-stop zajęty. Frustracja i nerwy sięgały zenitu. Nie mogłam wyjść z pracy, żeby pojechać do szpitala. Nawiązałam kontakt z lekarzem po dwóch godzinach. Najprawdopodobniej nie byłam jedyną osobą, która tego dnia próbowała dowiedzieć się, co dzieje się z jej dzieckiem. Dostałam wyjaśnienie, że pacjenci mają zabrane telefony i ponoszą karę za pomoc z ucieczce. Myślenie przyszło później. Mamy pandemię. Oddaję córkę do szpitala w ciężkim stanie psychicznym na miesiąc, nie mogąc się z nią spotkać. Nie mogę jej przytulić, spojrzeć w oczy. Miałyśmy tylko telefon, który został zabrany. W regulaminie nie było nic o zabieraniu komórek - opowiada mama 14-latki. 

W ramach kary nie otworzono też łazienek w pokojach. Dostępna było tylko łazienka ogólna. - W łazienkach, które były w pokoju, dziewczynki miały poczucie bezpieczeństwa. Podczas korzystania z nich, nie można było zamknąć się w środku, ale koleżanki pilnowały się nawzajem - słyszymy od Doroty. - Wejście do łazienki głównej jest na korytarzu. Drzwi nie da się zamknąć. Są one dla chłopców i dziewczyn. Na środku łazienki był jeden prysznic i oddzielne drzwi do ubikacji - tłumaczy Małgorzata. 

- Jednym z najważniejszych praw pacjenta jest prawo do kontaktu z rodziną. Szczególnie jeśli chodzi o pacjenta małoletniego. To prawo do jedynej drogi kontaktu zostało odebrane przez czyjeś widzimisię. Nawet gdyby cały oddział sprzysiągł się przeciwko personelowi i gdyby robili zasłony dymne, żeby pomóc w ucieczce, to uważam, że konsekwencje powinien ponieść personel, a nie chore dzieci. Dotarło to do mnie dopiero po rozmowie z lekarzem, który powiedział mi "proszę się nie przejmować, pacjent jest w dobrych rękach". Jak można mówić coś takiego, kiedy pod okiem tego samego personelu inne dziecko ucieka, a moja córka mówi mi każdego dnia, że się zabije, albo że ucieknie, że mam ją wypisać, bo tam nikt jej nie pomoże. Nie poczułam, żeby była tam bezpieczna - deklaruje Dorota. 

- Zdałam sobie sprawę, że moja córka jest narażana na kąpanie się w toalecie, do której w każdej chwili może ktoś wejść i zobaczyć ją nago. Ja, jako osoba dorosła, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, a ona miała to robić. Nie otwieranie łazienek w pokoju z powodu wymyślonej przez kogoś kary to również naruszenie prawa pacjenta - zarzuca mama 14-latki. 

- Jedna z pacjentek odniosła się do regulaminu, w którym nie uwzględniono takich kar. Pielęgniarka wyśmiała to i powiedziała "prawnikami to wy na pewno nie będziecie" - wskazała Małgosia. - Ona wprost z nich drwiła. Ktoś nie będzie prawnikiem, bo był w szpitalu psychiatrycznym - dodaje Dorota. - Młody człowiek, chory psychicznie, jest zagubiony. Jest sam ze sobą, ze swoimi problemami, nie wie, co się z nim dzieje i nagle okazuje się, że zamiast mieć obok siebie ludzi wspierających go, to spotyka się z wyśmiewaniem i niesprawiedliwym traktowaniem w szpitalu psychiatrycznym - słyszymy od matki. 

W sprawie odebrania telefonów Dorota skierowała maila do Ordynatorki szpitala. "Pani decyzja stała się niestety karą również dla rodziców. Myślę, że nie tylko ja byłam zaniepokojona, nie mogąc skontaktować się z własnym dzieckiem" - czytamy w wiadomości. 

"Nie mogę w każdej chwili w ciągu dnia dzwonić do córki. Wydawało mi się, że personel, lekarze oraz Pani jako ordynator zdajecie sobie sprawę, jak bardzo rodzic może być przejęty, biorąc pod uwagę specyfikę dolegliwości, jakie trapią jego dziecko. Mówienie mi, matce, czekającej na zdiagnozowanie dziecka, które podjęło próbę samobójczą, przyjmuje postawę rezygnacyjną i mówi wprost, że nie ma siły żyć, abym się nie martwiła, bo dziecko jest pod opieką, jest po prostu nie na miejscu i to nie tylko w kontekście wydarzenia, jakie miało ostatnio miejsce, czyli ucieczki jednego z pacjentów. Prosiłabym jednak o większą empatię i wrażliwość" - tłumaczyła mama 14-latki.

"Za pacjentów na oddziale odpowiedzialny jest personel a nie niepełnoletnia młodzież do tego z problemami psychicznymi. Dlatego tylko personel powinien ponieść konsekwencje. Przy okazji może mi pani powiedzieć, czy poniósł i jakie?" - dociekała Dorota.  

"Lekarka spytała, czemu nie patrzę jej w oczy. Uznała, że muszę być niewychowana, skoro nie umiem tego zrobić"

Ordynatorka nie odpowiedziała na wiadomość, jednak po wysłaniu maila przez Dorotę przywrócono dawne zasady w szpitalu. Tydzień przed wypisaniem z oddziału Małgorzata musiała stawić się na komisji lekarskiej. W sesji brało udział 5 osób. W gronie był lekarz prowadzący, lekarka spoza oddziału, dwóch psychiatrów i psycholog. - Siedziałam w jednym miejscu, przede mną siedziała pani spoza oddziału. Gdzieś dookoła siedziała reszta osób, które przyglądały się rozmowie - wspomina Małgorzata. 

- Było mi bardzo trudno, bałam się odezwać do osoby, której nie znałam. Wszyscy wiedzieli, że mam lęki w kontaktach z osobami dorosłymi. Nie patrzyłam tej pani w oczy, płakałam. Lekarka spytała, czemu nie patrzę jej w oczy, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wtedy uznała, że muszę być niewychowana, skoro nie umiem tego zrobić. Wpadłam w jeszcze większy trans. Nie mogłam się uspokoić. Pani zwyczajnie czekała. W końcu się uspokoiłam, ale nic nie pamiętam z tej komisji - dodaje. 

- Podczas wypisu usłyszałam, że dziecko jest zdrowe. Nie ma depresji, nie dostało leków. Zalecono podjęcie diagnozy w kierunku zespołu Aspergera - podsumowuje Dorota. 

Skierowaliśmy prośbę do kierownictwa oddziału psychiatrycznego dla dzieci i młodzieży w Konstancinie o odniesienie się do niepokojącej relacji. Zapytania zostały przesłane 5 marca. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Artykuł zostanie zaktualizowany, jeśli otrzymamy oświadczenie szpitala.

Szpital psychiatryczny przy ulicy Sobieskiego w Warszawie

Bo blisko 8 miesiącach od wyjścia ze szpitala psychiatrycznego w Konstancinie, 14-latka trafiła do szpitala psychiatrycznego przy warszawskiej ulicy Sobieskiego. Tym razem hospitalizacja wynikała z potrzeby odpowiedniego ustawienia leczenia Małgorzaty. Procedura związana z przeszukaniem i oczekiwaniem na przyjęcie nie różniła się znacznie od tej, przyjętej w poprzedniej placówce. Niemal identyczny był układ dnia i zajęć. Różniły się jedynie godziny wydawania posiłków.

Była pacjentka uniknęła kwarantanny, ponieważ przed przyjęciem wykonano jej test na koronawirusa. Powtórzono go po 2 dniach od przyjęcia na oddział. - Można było cały dzień mieć telefon przy sobie. Odbierano je tylko, gdy ktoś korzystał z niego w nocy. Takie przypadki były rzadkie, bo wszyscy spaliśmy już około 23. Mieliśmy dostęp do czajnika. W poprzednim szpitalu nie było takiej możliwości. W Konstancinie o danej godzinie personel robił nam herbatę. Na Sobieskiego mieliśmy otwieraną kuchnię 6 razy dziennie przez około 20 minut - wspomina Małgorzata. 

Dostęp do kuchenki był nadzorowany przez personel medyczny, tak by nikomu nie stała się krzywda.

14-latka tłumaczy, że większość personelu zachowywało się odpowiednio, wykazując zrozumienie dla pacjentów. - Łatwiej było mi nawiązać kontakty z personelem. Nie miałam aż tak dużego problemu z odzywaniem się. Było też dużo bardzo życzliwych i wyrozumiałych osób. Tacy bardziej sympatyczni - słyszymy. 

- Była jedna pani, której można coś zarzucić. Pielęgniarka powiedziała dziewczynom z tikami nerwowymi, żeby "skończyły z tym kabarecikiem". Raz powiedziała, że pracuje tam 27 lat i że jej też jest ciężko, bo wraca zmęczona do domu. Mówiła to pacjentom, którzy przecież też nie mają łatwo i na pewno woleliby być gdzie indziej - słyszymy. 

"Wspominałam o ostatniej komisji lekarskiej. Moja lekarz prowadząca i pani psycholog zapewniały mnie, że dla nich to jest nie do pomyślenia, żeby tak się zachowywać wobec pacjenta"

Małgorzata miała spotkanie zapoznawcze z lekarzem prowadzącym od razu po weekendzie. Osoby prowadzące najczęściej nie przebywają na oddziale w soboty i niedziele. Następnie była już pacjentka mogła poznać swojego psychologa, z którym odbywała spotkania raz w tygodniu. - Czułam, że otrzymałam pomoc. Nie odstawili mi leków, ale zmniejszyli mi dawkę. Okazało się, że jednak mam zaburzenia lękowe mieszane. Zdiagnozowano też u mnie zespół Aspergera - słyszymy. 

Komisja lekarska w szpitalu przy Sobieskiego odbyła się na kilka dni przed wyjściem nastolatki. - Wspominałam o ostatniej komisji lekarskiej. Moja lekarz prowadząca i pani psycholog zapewniały mnie, że dla nich to jest nie do pomyślenia, żeby tak się zachowywać wobec pacjenta. Mówiły mi, że wszystko przejdzie bardzo spokojnie. Tak też było. Nie czułam się aż tak bardzo niekomfortowo. Nie było nikogo spoza oddziału - podaje mi 14-latka. 

- Tam dużą część osób stanowiły osoby z myślami samobójczymi, objawami depresyjnymi i mające problemy z samookaleczaniem. - dodaje. 

Mówił do dziewczyn "czy zrobisz mi loda", "pójdziemy o północy do mojego pokoju, żeby uprawiać seks", "przyjdę do ciebie w nocy i cię pomiziam", "ładną masz pupę"

Na oddziale był też 17-letni, sprawiający problemy chłopak. Włączał alarmy przeciwpożarowe, jadł cudze jedzenie, pobił się z jedną osobą, zdejmował ubrania i zbliżał się do dziewczyn. - Niektóre pielęgniarki wytykały nam, że ten pacjent wysyła nam buziaki, czy mówi o robieniu nam nieprzyzwoitych rzeczy, bo uśmiechamy się do niego. Twierdziły, że to my go prowokujemy - podaje mi Małgorzata. 

- Mówił do dziewczyn "czy zrobisz mi loda", "pójdziemy o północy do mojego pokoju, żeby uprawiać seks", "przyjdę do ciebie w nocy i cię pomiziam", "ładną masz pupę" - wymienia 14-latka - Tłumaczono nam, żeby zgłaszać, jeśli się boimy, ale nic z tego nie wynikało. Pielęgniarki pytały nas, co mają z nim zrobić, bo one nie wiedzą - podaje. 

Komentarze dotyczące prowokowania jednego z chłopców są bardzo poważne. Poprosiliśmy o ocenę sytuacji Maję Staśko. Feministka, współautorka książki "Gwałt Polski", która regularnie wspiera ofiary przemocy, wskazała, iż opisane zdarzenie stanowi nadużycie seksualne. - One padły ofiarami przemocy seksualnej, która bardzo silnie wpływa na zdrowie psychiczne. Takie nadużycia mogą prowadzić do do nasilenia zaburzeń psychicznych - słyszymy.

- Dziewczyny po takich sytuacjach zaczynają się wstydzić ciała, uśmiechu. Często zaczynają się izolować od innych. Mogą pojawiać się reakcje agresywne. Każdy przypadek jest inny. Wspierając osoby po przemocy, widzę, jakie mają problemy. Kiedy te osoby idą do szpitala, żeby sobie pomóc, a nagle dostają bęcki, to pokazuje, jak bardzo źle działa system. Także pod względem wsparcia kobiet po doświadczeniu przemocy - tłumaczy. 

Skontaktowaliśmy się również z przedstawicielami oddziału psychiatrycznego dla dzieci i młodzieży przy warszawskiej ulicy Sobieskiego. Barbara Remberk przedstawiła nam wyczerpujące stanowisko dotyczące opisanego zdarzenia. 

Myślę, że rzeczywiście mogło tak być, że część pacjentów w sytuacji niestosownego zachowania chłopca uśmiechała się lub śmiała - czy to z zażenowania, czy dlatego, że dla niektórych osób śmieszne jest to, co nie powinno nikogo śmieszyć. Dla osoby chorej, a taką osobą był przecież agresywny słownie chłopiec, taka reakcja grupy może oznaczać, że jego zachowanie jest akceptowane. Stąd zapewne prośba pań pielęgniarek do pozostałych pacjentów o powstrzymywanie się od uśmiechu w sytuacji agresji słownej.

Martwi mnie, że personel mówi, że "nie może nic zrobić" - przede wszystkim mamy możliwość objęcia takiej osoby ściślejszym nadzorem pielęgniarskim. Szpital, zgodnie z obowiązującym prawem (przede wszystkim ustawa o ochronie zdrowia psychicznego) dysponuje możliwością podjęcia licznych działań w sytuacji agresji bezpośredniej (fizycznej). W pozostałym zakresie młodzież pozostaje pod opieką personelu, zarówno lekarzy i psychologów, jak i pielęgniarek, nauczycieli oraz wychowawców. Sprawy trudne, w tym zachowania nieprawidłowe, omawiane są na zebraniach społeczności terapeutycznej oraz w trakcie rozmów indywidualnych. Jeżeli zachowania trudne wynikają z choroby, podejmujemy oczywiście stosowne działania medyczne.

Pomimo powyższych działań, jak łatwo zgadnąć, nasz wpływ na to, co młodzież mówi do siebie, kiedy nie ma w pobliżu osoby z personelu, jest ograniczony. Możemy reagować dopiero po fakcie, i efekty interwencji terapeutycznych nie zawsze są tak szybkie i tak skuteczne jak byśmy sobie tego życzyli.

Artykuły polecane przez redakcję WTV:

  • Nieoficjalnie: rząd planuje jeszcze większe restrykcje. Może zamknąć salony fryzjerskie i kosmetyczne

  • Szykuje się kolejny masowy protest. Nawet 2 tys. lekarzy może nie przyjść w poniedziałek do pracy

  • Trybusz: Bezwzględnie powinna zapaść decyzja o zamknięciu kościołów

Alan WysockiAutor

Ateista roku 2018, redaktor WTV.

Chcesz się ze mną skontaktować?

Napisz adresowaną do mnie wiadomość na mail: wtv@iberion.pl

Podobne artykuły

Danuta Holecka

Wywiady

Mowa ciała Danuty Holeckiej zdradza wiele niewygodnych faktów. Eksperta wyjaśnia

Czytaj więcej >
Jaś Kapela wprost mówi o hipokryzji Kościoła

Wywiady

Jaś Kapela o hipokryzji polskiego Kościoła. Czy Chrystus mógł być wegetarianinem?

Czytaj więcej >
wtv.pl

Wywiady

Iwona Hartwich o Agacie Dudzie: To nie jest moja pani prezydentowa

Czytaj więcej >
Kot Kaczyńskiego

Wywiady

Ekspert skomentował szczegóły opieki Jarosława Kaczyńskiego nad kotem

Czytaj więcej >
wtv.pl

Wywiady

Policja nie zareagowała, bo były mąż "nie połamał Katarzynie nóg". Jej piekło trwa od 5 lat

Czytaj więcej >
W Płocku odbyła się kolejna rozprawa w sprawie Tęczowej Matki Boskiej

Wywiady

Kto kogo tak naprawdę obraża? W Płocku odbyła się kolejna rozprawa w związku z Tęczową Matką Boską

Czytaj więcej >