. Źródło: Brak
Wszystkie wideo autora Piotr Szumlewicz
Autor Piotr Szumlewicz - 28 Stycznia 2021

Szumlewicz: Tragifarsa w PLL LOT. Zastraszanie pracowników, głodowe pensje i masowe zwolnienia

1 maja 2018 roku pracownicy Polskich Linii Lotniczych zebrali się pod siedzibą firmy, by wyrazić sprzeciw wobec antypracowniczych działań zarządu spółki. Właściwie miał tego dnia zacząć się strajk, ale prezes, Rafał Milczarski zgłosił pierwszy z wielu wniosków do sądu, by akcja strajkowa nie mogła się odbyć. Tego dnia o szóstej rano pod siedzibą firmy odbyła się msza, podczas której prezes mówił o potrzebie pojednania, dialogu i działania na rzecz dobra wspólnego. Tuż po jej zakończeniu prezes poszedł do swojej siedziby, a pracownicy naradzali się, czy uwierzyć w jego słowa. Odpowiedź nadeszła bardzo szybko. Po 15 minutach do załogi przyjechała policja, by spisać organizatorów zgromadzenia. Tak zaczęła się tragifarsa w PLL LOT.

W kolejnych tygodniach zarząd narodowego przewoźnika z prezesem na czele podejmował różne egzotyczne działania. Milczarski między innymi zamknął się w toalecie ze stewardessą, by jej pokazać jak myje się sedes czy też przycisnął do ściany filigranowego lidera związku zawodowego pilotów, próbując mu wręczyć wypowiedzenie. Pan prezes zwolnił też dyscyplinarne przewodniczącą związku zawodowego stewardess za rzekome nawoływanie do… terroryzmu. Chodziło o to, że Monika Żelazik nawiązała do słów powstańców warszawskich i w zamkniętej korespondencji napisała do swoich związkowców: „zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną”. Ponoć Milczarski nie był pewny, czy w okolicach jego siedziby nie ma ukrytych przez Żelazik wozów opancerzonych. W sierpniu 2018 roku firma ogłosiła, że pozwie dwa największe zakładowe związki zawodowe na kwotę 1,75 mln zł jako koszty majowego strajku, który się… nie odbył.

Początki strajku

W październiku strajk wreszcie wybucha. Prezes wsławia się wtedy szykanami wobec pracowników i zakazem używania piecyka przez osoby, które w zimnie siedziały pod drzewem na terenie firmy. Blokuje też dostęp do korporacyjnych toalet. Po kilku dniach Milczarski zaskakuje cały świat lotniczy zwolnieniem dyscyplinarnym 67 osób, które brały udział w strajku. Mało kto dziś też pamięta, że strajk wybuchł jako akcja solidarnościowa ze zwolnioną dyscyplinarnie liderką stewardess, która była główną negocjatorką strony związkowej. Innymi słowy strajk, w wyniku którego PLL LOT stracił prawdopodobnie ponad 100 mln zł, trwał blisko dwa tygodnie, bo prezes uparł się, by pozbawić pracy jednej stewardessy. W wyniku nacisku opinii publicznej, władze państwowe uznały, że dalsze trwanie akcji protestacyjnej może zagrozić funkcjonowaniu państwa. W związku z tym Milczarski został kompletnie odsunięty od rozmów, pozwy, nagany, zwolnienia zostały cofnięte i wkrótce potem osiągnięto porozumienie zakładające znaczne podwyżki dla pracowników. Po stronie rządowej wszyscy chyba czuli, że coś poszło nie tak, bo w porozumieniu postrajkowym władze PLL LOT, bez udziału prezesa, forsowały zapis, by żadna ze stron nie inicjowała postępowań prokuratorskich. 

Sam prezes jednak nie stracił stanowiska. Najpierw zwolnił 67 osób za ciężkie naruszenie obowiązków służbowych, potem cofnął dyscyplinarki. Najpierw uznał Żelazik za terrorystkę groźną dla bezpieczeństwa państwa, potem przywrócił ją do pracy. Najpierw krzyczał, że strajk był niezgodny z prawem, ostatecznie sąd uznał jego legalność. Kompromitacja? Nie dla PLL LOT. Milczarski nie tylko został w firmie, ale rok później został ponownie wybrany na jej prezesa.

Minęły kolejne miesiące. Zaczęła się epidemia. Milczarski najwyraźniej zwietrzył szansę, by się zemścić na krnąbrnych związkowcach. Tuż przed wybuchem koronawirusa prezes nierozważnie chwalił się, że spółka znajduje się w fenomenalnej kondycji finansowej i kwitnie. Rozwijał hub w Budapeszcie i obwieścił, że kupuje niemieckiego Condora. Pracownicy pukali się w czoło, bo nikt nie miał wątpliwości, że to przestrzelone inwestycje, a kondycja firmy pod rządami Milczarskiego pozostawia wiele do życzenia. Ale prezes puchł z dumy, tym bardziej, że przyklaskiwali mu czołowi PiS-owscy politycy. 

Zmiana narracji prezesa PLL LOT

Tuż po wybuchu epidemii nagle Milczarski zmienił narrację. Tak jakby w dwa miesiące spółka od bycia najwspanialszą linią lotniczą świata stała się bankrutem. Na dodatek, nagle okazało się, że jedynym ratunkiem dla firmy są oszczędności dokonywane na pracownikach, chociaż łączne koszty płac w firmie nie przekraczają 10%. Pan prezes jednak przystąpił do ataku. Zaproponował stewardessom odejście od regulaminu płac i wypłacanie im przez trzy lata 2600 zł brutto, czyli ówczesnej płacy minimalnej. Gdy Związek Zawodowy Personelu Pokładowego i Lotniczego nie przyjął tej jakże atrakcyjnej propozycji, prezes postanowił pokarać stewardessy kwotą niższą nawet od wynagrodzeń w warzywniakach czy agencjach ochrony. Oto bowiem Milczarski postanowił przenieść pracowników pokładowych na pół etatu, co w praktyce oznaczało pensje dla większości stewardess w wysokości 1500-1900 zł netto miesięcznie, czyli poniżej ustawowej płacy minimalnej. Wielki pan postanowił pokarać za strajk. Prezes pewnie miał satysfakcję z zemsty, ale rząd tłumaczył, że dzięki obniżce płac firma nikogo nie zwolni. Co ciekawe, nawet obniżając płacę do głodowego poziomu, prezes uznał, że nie musi nadmiernie przestrzegać przepisów, więc wypowiedzenia zmieniające wręczył bez podpisów kwalifikowanych. Przeoczenie? A co tam! Przecież nie po to Milczarski został prezesem PLL LOT, by dbać o przepisy prawa pracy.

Ale to nie koniec historii. Nadszedł koniec roku i przyszła pomoc rządu. Okazało się, że władza ma gest. Narodowy przewoźnik otrzymał gigantyczne 2,94 mld zł. Na co? Nie wiadomo. Nie chce powiedzieć ani Mateusz Morawiecki, ani Jacek Sasin, ani Rafał Milczarski, ani Paweł Borys, który jako prezes Polskiego Funduszu Rozwoju tę pomoc przekazał. Przyszła pomoc i gdy popłynęła ona na konta firmy, prezes postanowił uruchomić… zwolnienia grupowe. A zatem obniżył pensje ponoć po to, by nie zwalniać ludzi, po czym otrzymał blisko 3 mld zł wsparcia, by się ich pozbywać na masową skalę.

Cięcia kosztów mimo dotacji

Zwolnienia mają objąć 300 osób. Sam prezes twierdzi, że dzięki nim zaoszczędzi 30 mln zł. Zakładowe związki wyliczają, że maksymalnie 21 mln. Ale nawet w wersji prezesa 30 mln zł to 1% wsparcia rządowego. Jakim cudem więc te oszczędności uratują firmę? Trudno pojąć. Tym bardziej, że w trakcie ponoć najgłębszego od lat kryzysu firma zatrudniła nowego dyrektora do spraw sprzedaży, zostawiając też w spółce poprzedniego. Nie trzeba chyba wspominać, że zarząd oczywiście nie obciął sobie wynagrodzeń, których koszty od lat przekraczają 2 mln zł rocznie. 

Ale to nie wszystko. W czasie, gdy trwały negocjacje dotyczące zwolnień grupowych, zarząd PLL LOT chwalił się, że stopniowo rusza siatka lotów, a firma przejmuje kolejne połączenia czarterowe. Innymi słowy pracy jest coraz więcej, tylko nie dla pracowników etatowych. Kto więc obsługuje samoloty PLL LOT? Kolejny patent Milczarskiego to firmy zewnętrzne, które współpracują z LOT-em na zasadzie business to business. Dlatego w czasie epidemii ponad 70% obsługują właśnie samozatrudnieni. Czy to zgodne z prawem? Jasne, że nie. Zgodnie z art. 22 Kodeksu pracy, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to musi być etat niezależnie od woli stron. Trudno się jednak dziwić takiej polityce narodowego przewoźnika, skoro podczas strajku ówczesny rzecznik PLL LOT, Adrian Kubicki tłumaczył, że piloci nie powinni mieć stosunku pracy, bo sami decydują, którędy latają i ile biorą paliwa. Proste? Dla PLL LOT z pewnością. Wszak i kelnerzy mają kilka dróg doniesienia posiłku klientowi.

Ale to nie wszystko. Polskie Linie Lotnicze LOT zawierają umowy w ramach kontraktów B2B poprzez spółki córki: LOT Cabin Crew, która rejestruje kontrakty stewardess, i LOT Crew, która rejestruje kontrakty pilotów. W czasie strajku strona związkowa zwróciła uwagę, że obydwie te spółki są niezarejestrowanymi agencjami zatrudnienia, a zatem działają nielegalnie. Każda agencja zatrudnienia w Polsce musi zarejestrować się w publicznie dostępnym rejestrze agencji zatrudnienia. Można to uczynić bardzo łatwo, składając stosowny wniosek i wpłacając kilkaset złotych. Do sprawy odniosła się też Państwowa Inspekcja Pracy, popierając stanowisko związkowców. Co na to Milczarski? W czasie strajku PIP nagłośniła sprawę braku rejestracji LOT Crew, więc prezes zarejestrował LOT Cabin Crew, ale co do LOT Crew się uparł. Nie będzie Inspekcja Pracy mówić prezesowi jak ma działać! Dlatego LOT Crew do dnia dzisiejszego funkcjonuje nielegalnie. Trwa postępowanie organów ścigania w tej sprawie, ale Milczarski chyba wierzy, że ktoś wykona telefon albo dwa i sprawa zostanie zamknięta. Możliwe zresztą, że ma rację, skoro udzielając gigantycznej pomocy, Polski Fundusz Rozwoju nawet nie raczył sprawdzić, czy PLL LOT działa zgodnie z prawem.

Ale to niestety nadal nie wszystko. Podczas negocjacji władz PLL LOT ze stroną związkową tradycyjnie już lekceważono i zastraszano reprezentację pracowniczą. Przez trzy tygodnie rozmów zarząd nie przedstawił żadnych konkretów, by dopiero ostatniego dnia postawić stewardessy przed alternatywą: albo weźmiecie 17 tys. zł i podpiszecie porozumienie, albo go nie podpiszecie i damy wam po 7 tys. zł. Kryteria zwolnień oczywiście są arbitralne, zależne od oceny pracodawcy i… pasażerów. Trudno powiedzieć, jak firma chce sprawdzić oceny poszczególnych pracowników przez klientów PLL LOT, skoro pasażerowie nie wypełniali nigdy żadnych ankiet. Natomiast ciekawe, a zarazem jakże przewidywalne jest to, że w teczkach personalnych pracowników znalazły się informacje o ich aktywności w mediach społecznościowych odnośnie strajku. Również główna negocjatorka po stronie zarządu firmy została wybrana zgodnie ze stylem prowadzenia negocjacji Milczarskiego. Była nią mianowicie Beata Koncewicz, czyli członkini zarządu LOT Cabin CREW, a więc spółki córki PLL LOT promującej samozatrudnienie. Konflikt interesów? Jaki tam konflikt interesów! Milczarski po prostu chciał pokazać pracownikom etatowym, gdzie jest ich miejsce.

Związkowcy się nie poddają

Proces zwolnień grupowych został domknięty 19 stycznia. Zarząd nie ugiął się, chociaż na 20 stycznia zostało zaplanowane posiedzenie sejmowej Komisji Infrastruktury poświęcone właśnie napiętej sytuacji w firmie. Strona związkowa wciąż deklarowała wolę rozmowy, a jej przedstawiciele przyszli do Sejmu pół godziny przed posiedzeniem. Co się okazało? Otóż straż marszałkowska nie wpuściła ich do budynku. Związkowcy usłyszeli, że akurat oni nie mogą wejść do parlamentu w czasie epidemii. Straż nie potrafiła wskazać podstawy prawnej swojej decyzji, ale nie ugięła się. Milczarski w czasie obrad chwalił się porozumieniem, skrzętnie omijając deklaracje stewardess, że nie było to żadne porozumienie, tylko wymuszony szantaż pracodawcy i działanie na szkodę pracowników etatowych.

Dzień później obrady komisji były kontynuowane. Tym razem związkowcy zostali dopuszczeni do dyskusji online. Na kluczowe pytania odnośnie potrzeby zwolnień, funkcjonowania spółki LOT CREW, jakości negocjacji, informacji o zaangażowaniu w strajk w teczkach personalnych pracowników prezes oczywiście nie odpowiedział. Nie odniósł się również do pytań, na co spółka chce wydać 3 mld zł rządowego wsparcia. Na pytanie, czy część tego wsparcia zostanie wydana na rekompensaty dla niemieckiej firmy Condor, prezes odpowiedział rezolutnie, że umowę z Condorem nie zawierał PLL LOT, tylko Polska Grupa Lotnicza. Zapomniał dodać, że prezesem PGL jest… Rafał Milczarski. Tragifarsa w PLL LOT trwa. Rządzący chwalą prezesa, a jego pozycja wydaje się niezagrożona.