Donald Trump Iran. Wikimedia Commons / Gage SkidmoreŹródło: Wikimedia Commons / Gage Skidmore
Wszystkie wideo autora Maria Wieczorek
Autor Maria Wieczorek - 5 Stycznia 2020

Czy Donald Trump przeczytał „Sztukę wojny”?

„»Wojna jest sztuką zwodzenia«, powiada Mistrz Sun. (…) Przed przystąpieniem do działań wojennych należy zrobić wszystko, aby ich uniknąć. Wojna jest bardzo kosztowna. Obciąża budżet państwa. Jeśli już musi do niej dojść, głównym celem jest szybkie zwycięstwo. (…) Konfrontacja to walka umysłów, nie siły – twierdził największy przedstawiciel myśli strategicznej starożytności. (…) Idący jego tropem sto kilkadziesiąt lat później Sun Pin napisze, że studiowanie wojny ma na celu szybkie jej zakończenie, zaś sama znajomość sztuki wojowania nie oznacza wcale wojowniczości charakteru. »Najwyższą wojskową zasadą jest niechęć do wojny«, ci zaś, którzy kochają wojnę, twierdzi Sun Pin, prowadzą swój kraj do zniszczenia. Wojna jest uzasadniona jedynie z braku alternatywy.”

Oto dość długi cytat z kluczowej dla mojego zainteresowania studiami strategicznymi książki prof. Romana Kuźniara pod tytułem „Polityka i siła”. Chcę od niego zacząć rozmyślania nad konfliktem, któremu cały świat przygląda się od kilku dni, zwiastując w mediach społecznościowych szybkie nadejście III wojny światowej, czy też kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie.

Czy wierzę, że do rzeczonej wojny światowej dojdzie? Nie mnie to orzekać. Podziwiam dziennikarzy, którzy w swoich analizach wydają tak rychłe osądy. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy znów pogrążymy się w tak niszczycielskim, jak 80 lat temu konflikcie, odpowiedziałabym prywatnie, że nie. Z bardzo wielu powodów, ale przede wszystkim nie opłaca się to ani Stanom Zjednoczonym, ani Iranowi. Nie mówiąc już o innych państwach regionu, których władze wykazałyby się skrajną nieodpowiedzialnością, jeżeli brnęłyby świadomie do kolejnej wojny. Nie czuję się jednak wystarczająco wykształcona w tym kierunku, aby wydawać stanowcze opinie i snuć przerażające prognozy.

Należy jednak pamiętać, o czym wielu wyraźnie zapomina, że Iran jest państwem niezwykle specyficznym - ze względu na jego polityczny kształt, podejście do państwowości, do wspólnoty narodowej. Ma inne pochodzenie niż okoliczne kraje, inne podejście do religii. Choć kojarzy nam się (słusznie) z dużym przywiązaniem do islamu, to nie jest to ten sam islam i to samo przywiązanie, co chociażby w Arabii Saudyjskiej, także kojarzonej (i także słusznie) z poważnymi związkami na linii państwo-religia. Nie można o Iranie mówić jak o jednym z wielu w regionie.

To państwo niezwykle specyficzne, duże, z bardzo bogatą kulturą i historią, głęboko zakorzenioną w tamtejszych obyczajach, ale i podejściu do poczucia przynależności do grupy, którą nazwać możemy tu po prostu społeczeństwem. Nie zamierzam zagłębiać się w specyfikę polityki irańskiej. Skupię się przede wszystkim na Stanach Zjednoczonych, jednak bardzo chciałabym, aby tocząc debaty w mediach społecznościowych i wydając niezwykle szybkie i czarno-białe często osądy, pamiętać o tym, jak nietypowym, wyjątkowym (bez nacechowania emocjonalnego) w skali świata oraz regionu państwem jest Iran.

Czy Donald Trump przeczytał „Sztukę wojny”?

Odpowiedź na to pytanie nasuwa się zapewne sama, gdy przyglądamy się temu, co obecnie dzieje się na Bliskim Wschodzie. Donald Trump, choć zapewne nieświadomie, chcąc być może obalić irański reżim, skierował obywateli tego kraju na drogę zgody z rządzącymi. Prawie nikt dziś nie pamięta, co działo się w Iranie w ostatnich tygodniach. Krwawych protestów, blokad internetu, śmierci na ulicach. Wzajemnych oskarżeń, palenia samochodów, strzelania do niewinnych, zawodzenia zbolałych matek, które już nie zobaczą swoich dzieci. Jak jeszcze kilkanaście dni temu to reżim wydawał się największym wrogiem Irańczyków, tak dziś z pełnym przekonaniem kroczą ramię w ramię ulicami, aby zakrzyczeć: „Śmierć Ameryce!”. W żałobie, w boleści, w smutku. Nie wszyscy będą tęsknić za Sulejmanim. Naiwnie byłoby sądzić, że dla wszystkich był bohaterem. Jego śmierć to jednak nie tylko uderzenie w ważnego generała, to uderzenie w sam Iran.

Tego, aby nienawidzić Amerykanów, Irańczyków uczy się od lat. Gdy w 2009 roku tłumy wyszły na ulice, aby zaprotestować po ustawionych zdaniem wielu wyborach prezydenckich, a już następnego dnia kontaktowanie się przez komórki oraz komunikatory internetowe zostało zablokowane, o wichrzycielstwo władze oskarżyły właśnie Stany Zjednoczone. Amerykańskich i brytyjskich dziennikarzy szybko wydalano z kraju lub zamykano w hotelach. Kiedy zaś władze Twittera przełożyły jedną z przerw w użytkowaniu portalu (miało do niej dojść w celu przeprowadzenia prac technicznych) na godziny nocne w Iranie, władze szybko znalazły winnych - amerykański rząd. Czy rzeczywiście maczał w tym palce? Przedstawiciele Twittera zaprzeczają. Moim zdaniem prezydent Obama sam był za to w szoku, jak silną bronią mogą być media społecznościowe. Kto był „winny”? Tego się nie dowiemy. USA wichrzycielem być miało i nadal być ma - tego możemy być pewni i to także wiąże się ze wspomnianym przeze mnie wcześniej specyficznym podejściem Irańczyków do spraw zewnętrznych, do osi: my - oni.

Już Mistrz Sun wiedział, że wojen - jeśli mają być naprawdę wygrane - nie prowadzi się zbrojnie, jeżeli nie nastąpi wyższa konieczność. Czy tym razem nastąpiła? Na to pytanie każdy może sobie odpowiedzieć sam. Wyższą koniecznością, czy raczej wymówką może być za to zapowiadany przez Trumpa ostrzał celów cywilnych, gdyż po podobnej akcji żadna definicja agresji w prawie międzynarodowym siłą rzeczy go nie obroni. Konfrontacja to walka umysłów, nie siły - czytamy u prof. Kuźniara za Sun Tzu i pozostaje nam wierzyć, że te umysły pozostaną niezamącone. Bo „najwyższą wojskową zasadą jest niechęć do wojny”.

Kilkanaście godzin temu Trump przekazał na Twitterze:

„Stany Zjednoczone właśnie wydały dwa biliony dolarów na sprzęt wojskowy. Jesteśmy najwięksi i zdecydowanie NAJLEPSI na świecie! Jeśli Iran zaatakuje amerykańską bazę lub Amerykanina, wyślemy część tego nowego, pięknego sprzętu... i to bez wahania!”

I tutaj zaznaczyć należy, że z oficjalnych danych amerykańskiego rządu wynika, że w 2018 roku 38,1 milionów osób w USA żyło w ubóstwie. Miliony żyją też bez ubezpieczenia zdrowotnego, płacąc ogromne pieniądze za każdą, nawet najmniejszą pomoc medyczną. Milionów rodzin nie stać na to, aby zapłacić za lunche dziecka w szkole. Kolejne tysiące borykają się z pożyczkami studenckimi lub marzą o tym, aby mieć, za co studiować. Przepraszam, panie prezydencie, ale można było wydać te pieniądze lepiej.

Czy wojna jest komuś potrzebna? Czy czołgi za biliony są komuś potrzebne? Czy warto poświęcać tak kochanych przez Amerykanów żołnierzy, aby ginęli w nieswojej wojnie (Mistrz Sun zauważał, że „Jeśli droga wojny nie prowadzi do zwycięstwa, jest rzeczą właściwą odmówić walczenia, nawet jeśli twój władca nakazuje ci walczyć”)? Nie, nie i jeszcze raz nie.

Czy Donald Trump przeczytał „Sztukę wojny”? Zapewne tego nie zrobił. Ale w tym konflikcie być może nie jest jeszcze za późno, aby zasiadł do lektury. Wojna jest uzasadniona jedynie z braku alternatywy. Tutaj alternatyw jest wiele.

"Nie wykonuj ruchu, jeśli nic na nim nie zyskasz, nie atakuj; jeśli nie wygrasz, nie rozpoczynaj wojny, jeśli sytuacja nie jest bez wyjścia! Władca nie może rozpoczynać wojny, tylko dlatego, że ktoś go zdenerwuje; generał nie może atakować, tylko dlatego, że go ktoś rozwścieczy. Jeśli jest coś do zyskania, wykonaj ruch; jeśli nie: nie ma po co się pchać. Zdenerwowanie mija, a wściekłość ustaje; nikt nie wróci jednak podbitemu państwu świetności, ani poległym żołnierzom życia. Mądry władca jest ostrożny, a wyśmienity generał ma się na baczności. Oto sposób na zapewnienie pokoju w kraju i bezpieczeństwa żołnierzy."

Nie przegap żadnych najciekawszych artykułów! Kliknij obserwuj wtv.pl na: Google News