wtv.pl
wtv.pl

WTV.pl

Oni już się zaszczepili. Porozmawialiśmy z osobami z grupy "0". Jak wyglądało szczepienie i czy odczuwają skutki uboczne?

13 Stycznia 2021

Autor tekstu:

Maja Staśko

Udostępnij:

Do wtorkowego przedpołudnia zaszczepiono w Polsce przeciw COVID-19 ponad 257 tysięcy osób – poinformowało Ministerstwo Zdrowia. Na świecie zaszczepiono ponad 30 milionów ludzi. Jak wygląda szczepienie przeciwko koronawirusowi? Jak czuj

27 grudnia rozpoczęło się szczepienie grupy „0” – osób najbardziej narażonych na zarażenie. Do tej grupy należą pracownicy ochrony zdrowia, Domów Pomocy Społecznej i Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej, farmaceuci, pracownicy administracyjni i techniczni w placówkach medycznych czy w sektorze transportu medycznego, a także nauczyciele akademiccy uczelni i studenci kierunków medycznych. Do tego etapu włączeni zostali również rodzice wcześniaków hospitalizowanych na Oddziałach Intensywnej Terapii i Patologii Noworodka.

Zuzanna była zaszczepiona 27 grudnia, w pierwszy dzień szczepień w Polsce. Pracuje na oddziale covidowym w Poznaniu. Pracownicy jej oddziału i izby przyjęć mieli pierwszeństwo, jako ci najbardziej narażeni.

– Trafiają do nas pacjenci, którzy wymagają szybkiej interwencji, np. przetoczenia krwi – opowiada nam. – Czasem telefon nie przestaje dzwonić, rodzice się wkurzają, że tak długo to trwa, a my nie mamy kiedy iść się wysikać. Na początku bałam się zarażenia, potem już mniej. Miałam pełen strój covidowy: maska ffp3, czyli ta najmocniejsza, kombinezon itp.

Ula, lekarka stażystka w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku, zaszczepiła się 7 stycznia.

Przed szczepieniem byłam tak podekscytowana, że nie mogłam zasnąć – mówi nam. – Bardzo się cieszyłam. Może pojawiło się trochę stresu, ale jako że przede mną staż na SOR-ze, to byłam bardzo chętna, żeby szybko się zaszczepić. Pod koniec listopada mieliśmy na oddziale ognisko. Zaraziłam się. Przechorowałam covid skąpoobjawowo, miałam przeciwciała, ale nie za dużo. Pojawiło się sporo dolegliwości z układu nerwowego: okropne migreny, światłowstręt i mdłości, brak węchu i smaku. Bałam się ponownej reinfekcji, bo, niestety, jej przebieg bywa cięższy. Więc ta szczepionka to po prostu realnie wybawienie. Jak się raz to przejdzie, to zrobi się wszystko, żeby nie być w tej sytuacji. I ten straszny lęk, czy przypadkiem kogoś nie zakaziłam, jak będzie się rozwijała choroba, czy mgła covidowa ustąpi… Zdecydowanie nie polecam.

Aleksandra, lekarka w trakcie specjalizacji z alergologii w szpitalu w Łodzi, zaszczepiła się 5 stycznia.

– Nie stresowałam się w ogóle – opowiada nam Aleksandra. – Nigdy nie miałam reakcji po szczepieniu, więc szansa, że po tej nagle się pojawi, była minimalna. Ta szczepionka to taki mercedes szczepionek – najbezpieczniejsza forma. Byłam bardzo szczęśliwa, wreszcie pojawiło się światełko w tunelu, że ten koszmar się skończy.

Chyba pierwszy raz w życiu cieszyłem się, że będę musiał przyjąć lek. Mimo że nie pracuję z pacjentami covidowymi, to ostatni rok był przepełniony sytuacjami stresującymi – mówi Adam, który pracuje Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie. Zaszczepił się 5 stycznia.

– Troszkę stresu, troszkę ulgi, że to już – opowiada z kolei Weronika.

„Było dokładnie tak nudno jak na najzwyklejszym szczepieniu”

Weronika pracuje w Warszawie, jest psychoterapeutką w szpitalu. Zaszczepiła się 11 stycznia – w pierwszym terminie, gdy tylko było to dla niej możliwe.

– Na początku grudnia udzieliłam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w toku kwalifikowania mnie do szczepienia w grupie „0” jako pracownicy medycznej. Wtedy absolutnie nie wiedziałam, kiedy właściwe szczepienie może się odbyć, osoba przyjmująca moją zgodę też nie. Skierowanie pojawiło się w moim profilu pacjentki strony pacjent.gov.pl w sylwestra – to była wielka ulga, bo sprawdzałam swój profil intensywnie od kilku dni przed zakończeniem 2020 roku i nie miałam specjalnej nadziei, że tak szybko coś tam znajdę.

Szczepienie w naszym szpitalu miało się rozpocząć na początku stycznia i zakończyć jeszcze przed końcem miesiąca. Poszłam od razu, wolałam zobaczyć, jak to wszystko działa już w pierwszym dniu. Gdy pielęgniarki sprawdzały mi dokumentację i mierzyły ciśnienie, zostały przywiezione szczepionki. Dowiedzieliśmy się, że najpewniej zostaniemy dziś nie tylko zakwalifikowani do szczepienia, ale i zaszczepieni. Dobrze, że w weekend nie piłam alkoholu, bo na pewno nie mogłabym się zgłosić na kwalifikację. Badanie przebiegało standardowo – część ankietowa, część stetoskopowa, sprawdzenie stanu gardła. Później powrót do kolejki – tam oczekiwanie na właściwe szczepienie w jednym z dwóch pokoi. W gabinecie szczepiennym oddawało się wypełnione wcześniej ankiety –  i tutaj następowało już klasyczne szczepienie.

Po szczepieniu trzeba było odczekać co najmniej 15 minut na korytarzu, by w razie ostrej reakcji poszczepiennej można było do nich wrócić i uzyskać pomoc. Ani mnie, ani żadnej osobie, którą tam widziałam, nic złego się nie przytrafiło. Wszyscy wykorzystaliśmy czas „odpoczynku” na siedzenie w kolejnej kolejce do pani rejestratorki, która wpisywała datę pierwszego szczepienia do systemu i przekazywała informację, że o drugiej turze dowiemy się za co najmniej 3 tygodnie przez telefon.

Sama procedura to jakieś 10-15 minut plus obowiązkowe 15 minut odczekania po przyjęciu szczepionki. Było dokładnie tak nudno, jak to opisałam – jak na najzwyklejszym, mało interesującym szczepieniu. Upłynęło już 9 godzin od szczepienia i zupełnie nic mi się nie dzieje.

Na końcu otrzymaliśmy wpis potwierdzający szczepienie. Zrobiłam z nim sobie zdjęcie, podobnie jak setki innych pracowników medycznych.

Telefon w poniedziałek, szczepienie we wtorek

Tak to wyglądało w Warszawie. Z rozmów z kilkunastoma innymi osobami z miast w całej Polsce wynika, że przebiegało to bardzo podobnie.

Klaudia jest lekarką w szpitalu w Krakowie. Zaszczepiła się 27 grudnia, pierwszego dnia.

Klaudia: Dostałam telefon od szpitala, że mają dzisiaj pięć dawek. Szukali osób, które mogłyby od razu przyjechać i się zaszczepić. Od razu wsiadłam w samochód i pojechałam.

Aleksandra: Dostałam telefon w poniedziałek 4 stycznia, czy mogę przyjechać we wtorek na 18:30, więc oczywiście się zgodziłam.

Maciej pracuje w szpitalu w Brzezinach. Niedawno rozpoczął dodatkową pracę w transporcie medycznym chorych. Przewoził pacjentów z covidem. Pierwszą dawkę szczepionki przyjął 5 stycznia.

Maciej: Najpierw zapisywaliśmy się na szczepienia, deklarując, że jesteśmy chętni. Około tygodnia przed szczepieniem mieliśmy potwierdzić, że chcemy się zaszczepić. Wtedy mogliśmy się zapisać na dokładny termin.

Ula: Personel oddziału psychiatrycznego, na którym robię teraz staż, nie dostał jeszcze nawet terminu szczepienia. Staż cząstkowy z psychiatrii robię w szpitalu w Choroszczy, a na szczepienie byłam zapisana w szpitalu, pod który podlega cały mój staż podyplomowy, czyli Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Białymstoku. Ale czy to nie absurdalne, że jako stażystka jestem na oddziale wśród rezydentów, pielęgniarek i salowych jako jedyna zaszczepiona?

Paulina: Ewidentnie jest bałagan. Formalnie powinnam była się szczepić dopiero w tym tygodniu, taki zakres terminów bowiem dostała pierwotnie moja placówka. Załapałam się na weekend w związku z nieregularnością dostaw, o których poinformowano nas zupełnie oficjalnie, nie zdradzam tu żadnych medycznych sekretów czy jakiegoś „o tym lekarze wam nie powiedzą”. Nie wszyscy chętni, którym udało się dotrzeć do szpitala w sobotę po apelu władz uczelni, załapali się na szczepienie. Zainteresowanie jest olbrzymie. Pozostaje liczyć na to, że z czasem organizacja się usprawni, bo wciąż panuje trochę chaos organizacyjno-informacyjny. Sporo z nas próbuje się po znajomych dowiadywać, skąd i jak ma się dowiadywać o rejestracji i terminach szczepień. U mnie ułatwiło sprawę to, że za kanał informacyjny odpowiada duża placówka uniwersytecka, ale u osób niemających podobnego wsparcia organizacyjnego wygląda to dużo gorzej. Nie wszyscy wiedzą co, jak i gdzie. Sama odetchnęłam z ulgą, że nie muszę już się martwić, czy uda mi się zapisać.

Skutki uboczne?

Zuzanna: Trwało to minutę i nie bolało. Na drugi dzień trochę bolała mnie ręka w samym miejscu wkłucia, ale ja tak mam po każdym szczepieniu i po wkłuciach w ogóle.

Zuzanna jest już ponad 2 tygodnie po szczepieniu. Poza bólem ręki przez jeden dzień nie odczuła skutków ubocznych. Marta z kolei poszła na szczepienie wczoraj. Jest terapeutką zajęciową w szpitalu w Łodzi.

Marta: Wszystko poszło szybko i sprawnie – i nic nie bolało. Niepokoiłam się, bo słyszałam, że igły mogą być za krótkie dla grubych osób – ale ja miałam taką, jak powinnam. Ręka zaczęła mnie boleć po jakimś czasie, może pół godziny po szczepieniu, ale jest znośnie.

Adam: Ból ramienia przez dwa dni od podania i pierwsza noc nieprzespana. Choć nie wiem, na ile to szczepionka, a na ile emocje związane z jej podaniem. Ale w ulotce znajduje się bezsenność.

Aleksandra: Po kilku godzinach miałam ból mięśnia w miejscu podania, ale dość szybko minął. To prawidłowa reakcja po szczepieniu, oznacza aktywację układu immunologicznego.

Paulina: Samo szczepienie bezproblemowe, niewielki ból, uczucie rozpierania. Pierwszego dnia odczuwałam niewielką bolesność w miejscu szczepienia – mało uciążliwą, głównie podczas ruchu. Dziś już nawet tego nie odczuwam. Innych działań niepożądanych nie odnotowałam. Jeśli chodzi o działania niepożądane, dotąd – także ze strony znajomych – spotykam się głównie z relacjami o przemijającej bolesności. Wiem, że pojawiają się też doniesienia o poczuciu zmęczenia i bólach głowy, ale z tym się akurat ani osobiście, ani w kręgu znajomych nie zetknęłam na razie. Cieszę się, że już mam to za sobą, wszyscy moi medyczni znajomi i znajome czekali z niecierpliwością. Nie znam osobiście żadnego lekarza czy lekarki, którzy by się szczepić nie chcieli.

„Czytałam, że jestem głupia, szerzę propagandę i zabijam nieświadomych szczepionkami”

Paulina prowadzi fanpage „Patolodzy na klatce”. To blog o nauce, na którym Paulina, jako zawodowa patolożka, dzieli się historiami pacjentów z trudnymi dolegliwościami. Obserwuje go ponad 130 tys. osób.

Paulina: Na stronie na Facebooku poinformowałam o zaszczepieniu się – i od tego czasu mam nalot antyszczepionkowców. Ale radzę sobie z trollami. Większość antyszczepionkowych komentarzy jest mało merytoryczna, a takie ataki zwykłam usuwać, bo to dość masowe i  wprowadza bałagan. Spora część jest po prostu agresywna i obraźliwa. Czytałam, że jestem głupia, szerzę propagandę i zabijam nieświadomych szczepionkami – a staram się, by na stronie panowała w miarę przyjazna atmosfera.

W przypadku zwykłych pytań – po prostu odpowiadam. Niestety, większość trolli nie przychodzi, by się czegoś dowiedzieć, a by się pooburzać. Trochę osób zadawało pytania na privie, w tym o kwestię odpowiedzialności firm, tu łatwo na szczęście odpowiedzieć, linkując np. Medycynę Praktyczną.

Lekarze po szczepionce rozmawiają z antyszczepionkowcami

Aleksandra: Antyszczepionkowcom tłumaczę, że nie ma możliwości wpływu na geny. DNA jest jak książka kucharska, której nie można wynosić z jądra komórkowego, czyli biblioteki, a mRNA to ksero przepisu – jak podrzucimy ksero nowego przepisu, to nie zmienimy książki kucharskiej. Ta szczepionka to jeden z najlepiej zbadanych leków, dostały go miliony ludzi. W mojej działce alergologii są leki, które dostają 4 tysiące osób i to już jest wielkie badanie. Szczepionka szybko się rozkłada, więc nie ma efektów odległych, te niepożądane odczyny poszczepienne mogą być rozpoznane w ciągu 28 dni od szczepienia. A obserwacji jest już dużo dłużej niż te 28 dni, i to na takiej wielkiej grupie. Nikt nie umarł po podaniu szczepionki, wszystkie reakcje anafilaktyczne były odwracalne. Może się zdarzyć, że ktoś jest predysponowany genetycznie i szczepionka „ujawni” chorobę autoimmunologiczną, ale ryzyko, że taka choroba ujawni się po covidzie jest dużo wyższe. Po prostu choroby autoimmunologiczne często są uśpione, dopiero impuls taki jak infekcja wyzwala objawy. Do tej pory nie ma informacji, żeby szczepionka wywołała coś takiego. Ryzyko powikłań covid jest dużo wyższe niż ryzyko działań niepożądanych po szczepieniu. Nikt nie powie, że ryzyko jest zerowe, ale dla porównania dużo bardziej prawdopodobne jest to, że lek bez recepty kupiony na stacji benzynowej wywoła objaw niepożądany, nawet poważny niż ta szczepionka.

Marta: Ode mnie z pracy zaszczepili się raczej wszyscy, którzy mogli. Ale znam jedną pielęgniarkę, która jest przeciwna, podobnie jak cała jej rodzina. „Wirusa nie ma, to tylko taka propaganda, żeby wybić ludzkości i żeby młodzi ludzie byli bezpłodni”. To bardzo wierząca rodzina ze wsi, jeden z jej braci jest księdzem i wszyscy są w niego wpatrzeni jak w obrazek. Ich zdanie nie jest więc poparte nauką czy naukowymi wątpliwościami co do szkodliwości szczepionki, tylko wiarą – szczerze mówiąc, to bardziej w brata niż w Boga. Ona na szczęście szanuje moje zdanie, a ja szanuję jej. Nie kłócimy się na ten temat. Brat mojej znajomej z kolei bardzo narzuca swoje myślenie i atakuje mnie tym za każdym razem, żaden argument do niego nie dociera. Raz doprowadził mnie do płaczu. Usłyszałam od niego, że pracuję w szpitalu, więc płacą mi za szerzenie tej „propagandy”.

Klaudia: Na moim oddziale, toksykologii, a także na sąsiedniej kardiologii zaszczepili się chyba wszyscy lekarze. Natomiast już pielęgniarki czy sanitariusze nie bardzo. A na oddziale, na który koleżanka poszła teraz robić staż, właściwie nikt. Nie wierzą w skuteczność, boją się powikłań. Dużo z tych osób już przechorowało.

Ula: Możliwe, że my, lekarze, ponosimy w pewien sposób winę za to, że te teorie powstają – przez to, że nie rozmawiamy wystarczająco długo z pacjentami, nie tłumaczymy. Pacjent zagubiony i niedoedukowany to idealny cel dla Jerzego Zięby i reszty pseudonaukowych szkodników. A fakt, że izby lekarskie nie dyscyplinują lekarzy-antyszczepionkowców czy nie zabierają uprawnień, pokazuje, że można mieć opinię na temat szczepień – moim zdaniem w nauce nie ma miejsca na opinię, gdy mamy do czynienia z faktami. Co ja czuję? Złość, frustracja, bezsilność. Chce mi się płakać, bo gdyby to skutkowało ewentualnym zakażeniem i ryzykiem tylko dla osoby, która się nie szczepi – okej, każdy, niestety, ma prawo nie chcieć się leczyć, ma prawo sobie zaszkodzić. Ale to zagraża wszystkim. Według mnie powinien być obowiązek szczepień, koniec kropka.

Adam: Jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy mają obawy co do samej szczepionki jako nowości. Niestety, nasz rząd zrobił bardzo mało, żeby wyjaśnić te wątpliwości, a osoby zajmujące się popularyzacja nauki nie są w stanie naprawić wszystkiego. Ale myślę, że i tak większość ludzi się zaszczepi, a tzw. foliarze są silni jedynie w internecie.

Lekarka prowadząca konto na Instagramie Lewogram udostępniła post, że jest już po szczepieniach. Humorem rozprawia się z antyszczepionkowymi teoriami.

Celebryci vs. społeczeństwo

Weronika: Niektórzy celebryci zaszczepili się przed grupą "0". Przykre, że coś takiego w ogóle miało miejsce.

Adam: W żaden sposób nie zaskoczyło mnie to, że w tym kraju są ważni i ważniejsi.

Paulina: Byłam szczerze oburzona aferą z celebrytami. O ile rozumiem ideę akcji promocyjnej, to w tym przypadku opowieści o rzekomej promocji były na tyle grubymi nićmi szyte, że naprawdę nie dało się traktować ich poważnie. Widzę tu głównie brzydki przypadek robienia prywaty na boku i wykorzystywania swojego statusu społecznego. Wzrost zainteresowania szczepieniami, nawet jeśli częściowo z aferą związany, przypisywałabym po prostu faktowi, że szczepienia trwają i nie odnotowuje się jakichś spektakularnych działań niepożądanych. W Polsce coraz więcej osób się szczepi i mówi o tym głośno. Chociaż być może nie doceniam efektu „dobrej awantury”. Ale trudno się nie oburzać, gdy szczepi się znana aktorka czy pan z zarządu telewizji, a moi znajomi onkolodzy i onkolożki wciąż czekają.

Aleksandra: Uważam, że Janda i inni celebryci nie są tutaj winni: zaszczepili się w dobrej wierze. Byli pacjentkami i pacjentami w relacji lekarz-pacjent, więc to od lekarza wymaga się profesjonalizmu i odpowiedniej postawy moralnej. Zastanówmy się, czy gdyby ktokolwiek z nas dostał telefon: „Przyjedź szybko, jest szczepionka, jak nie przyjedziesz, to się zmarnuje”, to czy by odmówił.

Daleko jest mi do bronienia Krystyny Jandy całościowo. Tylko spójrzmy, co się dzieje – Janda zaszczepiona przed terminem jest mieszana z błotem, a Pazura zaszczepiony przed terminem to twarz kampanii MZ. Czy wpływ miały poglądy tych osób? Możliwe.

18 zaszczepionych poza kolejką osób to nie jest realne opóźnienie szczepień lekarzy, ale uważam że takie akcje powinny mieć większą transparentność. Jakkolwiek nie ocenimy działań celebrytów, efekt jest pozytywny, więcej osób chce się szczepić, bo poczuło, że szczepionka to dobro i to jeszcze limitowane. Ale afera to tak naprawdę aferka i zasłona dymna prawdziwych problemów. Gdybym miała do wyboru, żeby rozwiązać sprawę maseczek bez certyfikatów albo szczepień celebrytów, to bez wahania proszę o komisję śledczą w sprawie maseczek. Zamówiono maseczki z Chin (takie jakby z AliExpress), które nie spełniały norm europejskich. Albo sprawy respiratorów, szpitalu na Stadionie, Narodowym, fikcyjnych wyborów Sasina… To wszystko kosztowało dużo więcej.

„Marzę o momencie, kiedy pacjenci będą mogli zobaczyć, że się uśmiecham”

Paulina: Na razie nic większego poza spokojem ducha się nie zmieni – w końcu to dopiero początek szczepień, celujemy w rozwinięcie odporności grupowej (choć nie ma jeszcze pewności czy to możliwe), stąd też na razie nie ma podstaw, by rezygnować z restrykcji i środków bezpieczeństwa. Za to spada ryzyko, że zachorujemy, generując wakaty w naszym i tak przecież dziurawym systemie ochrony zdrowia. I spada ryzyko, że rozniesiemy chorobę dalej. Mam pośród znajomych patomorfologów i patomorfolożek osoby, które chorowały, w tym ciężko, także z powikłaniami wyłączającymi z pracy na kolejne miesiące. To siłą rzeczy wydłuża diagnostykę dla chorych i ich dalszego leczenia. Po szczepieniach ryzyko takich sytuacji spadnie. Zatem w tej chwili przede wszystkim zmniejszamy ryzyko, na materialne efekty w postaci mniejszych ograniczeń trzeba jeszcze trochę poczekać, śledząc na bieżąco zalecenia.

Ula: Na razie marzę o momencie, w którym pacjenci będą mogli zobaczyć moją twarz, a nie będą musieli się domyślać po oczach albo głosie, czy się do nich uśmiecham. To jeszcze nie ten moment. Aczkolwiek na pewno będę trochę spokojniejsza, bo to jednak ogromny stres.

Aleksandra: Dla mnie osobiście trudna psychicznie była świadomość, że mogę zarazić rodzinę. Ograniczałam kontakty do minimum, mój partner dostał ode mnie propozycję mieszkania oddzielnie, ale stwierdził, że woli siedzieć w tym ze mną. Teraz będę mogła częściej być w domu – choć wciąż nie jakoś dużo, bo nie ma potwierdzenia, że zaszczepieni nie roznoszą wirusa. Udało mi się nie zarazić, ale to głównie dlatego, że pracowałam z pacjentami przetestowanymi przed przyjęciem. Poza tym kupowałam sama maseczki z filtrem N95. Praca była trochę bardziej stresująca niż zwykle, a najbardziej wkurzało mnie to, że rodzina nie może odwiedzać bliskich. W trakcie rezydentury muszę zrobić 3 lata na oddziale internistycznym. Tam brak rodziny to jest coś strasznego. Nie ma kto pomóc biednym pielęgniarkom, nakarmić, przebrać, napoić. Chcąc nieco odciążyć już i tak przeciążony personel pielęgniarski i salowych, mój obchód rano to było coś, co nazywaliśmy „pojeniem dziadków”. Osoby starsze nie czują pragnienia, trzeba przypominać o piciu, bo nie będą piły same. A jak się odwodnią, to moje leczenie nie ma sensu. Do tego kwestia umierających pacjentów: nie mogą się pożegnać  z rodziną, a na internie umiera dużo osób (z tzw. starości). Tutaj to nasilało różnice klasowe, mogliśmy wpuścić rodzinę jak mieli ujemny RT PCR na SARS-CoV-2. A musieli go robić prywatnie za ok. 500 zł, teraz ok. 400 zł. Za to bardzo chwalę teleporady, wielu pacjentów nawet przed pandemią nie musiało przychodzić. To znaczna poprawa, bo jak ktoś mieszka daleko, to nie kombinuje, jak dojechać tylko po to, żeby dostać receptę. Myślę, że jak pacjenci zaczną się szczepić to może pojawić się zmiana, że zaszczepieni nie muszą się testować przed hospitalizacją. To większy dostęp do świadczeń.

Klaudia: Jestem w trakcie specjalizacji i doskonale wiem, jak wiele czasu wymaga, żeby się w czymś wyspecjalizować i jak wąska to potrafi być dziedzina. Szczepię się, bo wierzę, że ludzie, którzy nad tym pracowali, wiedzą, co robią. A na pewno na tym temacie znają się lepiej niż ja.

Podobne artykuły

wtv.pl

Wywiady

Iwona Hartwich o Agacie Dudzie: To nie jest moja pani prezydentowa

Czytaj więcej >
wtv.pl

Wywiady

Policja nie zareagowała, bo były mąż "nie połamał Katarzynie nóg". Jej piekło trwa od 5 lat

Czytaj więcej >
wtv.pl

Wywiady

"Najpiękniejsze korytarze życia widziałem na Strajku Kobiet". Policja i protestujący zawsze mogą liczyć na Stołecznych Samarytan

Czytaj więcej >
Szpital psychiatryczny

Wywiady

"Małgosia opowiadała mi o pacjentach, którzy próbują krzywdzić się, czym tylko się da". Co się dzieje w szpitalach psychiatrycznych?

Czytaj więcej >
wtv.pl

Wywiady

Nasilony lęk, długotrwałe napięcie, zamartwianie się - tak może działać pandemia. Ale jest wsparcie

Czytaj więcej >
Kot Kaczyńskiego

Wywiady

Ekspert skomentował szczegóły opieki Jarosława Kaczyńskiego nad kotem

Czytaj więcej >