wtv.pl
wtv.pl

WTV.pl

Wycieńczeni, wyzyskiwani, przepracowani. Praca, która wywołuje depresję (Reportaż)

25 Lutego 2021

Autor tekstu:

Maja Staśko

Udostępnij:

W roku 2020 – roku pandemii – liczba zwolnień lekarskich przez kryzysy zdrowia psychicznego wzrosła aż o prawie 300 tys. w stosunku do poprzedniego roku. Od lat tych zwolnień było coraz więcej – ale nigdy aż tak. 15,1% pracowników

1.„Zaczęłam odczuwać lęki, gdy myślałam o pracy. Trzęsły mi się ręce, serce biło jak oszalałe, a ja ledwo co mogłam oddychać”

W październiku 2019 r. zostałam zatrudniona w polskiej firmie z cateringiem dietetycznym. Na początku było cudownie. Dobre pieniądze jak na jedną z pierwszych prac, szefowa miła i do dogadania. Mogłam jeść to, co dla klientów przygotowywali kucharze. Pracowałam po siedem godzin, a płacili za osiem. Wydawało się, że to raj.

Ale nie wszystko od początku było w porządku. Na umowie miałam inną stawkę, a pod stołem dawali mi resztę – żeby nie płacić podatków. Przed uzyskaniem umowy o pracę nie miałam badań i szkolenia BHP. Książeczki Sanepidu też nie dostałam, podobnie jak osoby pakujące jedzenie.

Ale to była moja druga praca, a ja byłam świeżo po liceum, i nie wiedziałam jeszcze, jak to formalnie wygląda. Myślałam, że złapałam pana Boga za nogi.

„Zostałam zupełnie sama z natłokiem obowiązków, których nie dawałyśmy rady ogarniać nawet we dwie”

Problemy zaczęły się na początku 2020 roku. Przybyło sporo klientów, którzy wśród postanowień noworocznych mieli schudnięcie. Pracowałyśmy w obsłudze klienta tylko we dwie. Wymieniałyśmy się zmianami. Zamówień przybywało i przybywało, a my same już nie dawałyśmy rady z realizowaniem ich. Zaczęłyśmy więc pracować również w soboty. Przez to moja zmienniczka nie przedłużyła umowy o pracę na luty 2020.

Zostałam zupełnie sama z natłokiem obowiązków, których nie dawałyśmy rady ogarniać we dwie, a co dopiero w pojedynkę. Jestem perfekcjonistką, w pracy muszę mieć wszystko idealnie zrobione – dla szefowej na początku to był wielki atut. Ale nie dla mnie, nie w takich warunkach. Nie miałam czasu chodzić do łazienki, zjeść. Szefowa miała gdzieś fakt, że jestem sama. Ponoć szukała kogoś do pomocy, ale sama nie zrobiła nic, żeby mi pomóc. Praca zaczęła mi się śnić po nocach. Pewnego dnia w niedzielę zaczął mnie potwornie boleć brzuch. Ból promieniował aż do płuc.

Obawiałam się, że to powikłania po mononukleozie, ale w szpitalu powiedzieli, że to zapalenie nerwów, potocznie zwane nerwobólami. Oprócz tego zdarzały mi się plamienia ze stresu.

Ale po jakimś czasie zatrudniono dodatkowe dwie dziewczyny do pomocy. Znów było dobrze, a ja mogłam wykonać wszystkie swoje obowiązki. Myślałam, że tak już zostanie.

„W biurze było czasem po 30 stopni i więcej. Bez klimatyzacji”

W czerwcu zaczęli nam dokładać obowiązków z innych działów. Uznałam, że skoro mam więcej pracy, to należy mi się podwyżka. I wtedy zaczęło się piekło: słyszałam, że wydziwiam, o co mi chodzi, przecież to nie zajmie mi dużo czasu (zajęło) i dlaczego w ogóle sprzeciwiam się pracodawcy. Kierowniczka przyszła do mnie i nawrzeszczała, że nie rozumie, dlaczego nie chcę wykonać dodatkowych obowiązków. Mówiła, że szefową to powinnam po stopach całować, że mam taką świetną pracę. Groziła mi, że nigdzie indziej nie znajdę pracy, jak z tej mnie wyrzucą – a z takim zachowaniem mogą wyrzucić. A ja nie mogłam wydusić z siebie słowa. Po prostu leciały mi łzy z oczu. Byłam na siebie wściekła, że okazałam słabość i nie umiałam się obronić. Na co dzień jestem raczej dość pyskata. Twarda i nie do zdarcia. A tu nagle łzy i paraliż.

W lipcu nastały upały. Praca w biurze na poddaszu, bez wiatraków i klimatyzacji, była nie do zniesienia. W pokoju było czasem nawet po 30 stopni i więcej. Prosiłam o wiatraki, rolety, cokolwiek… Nikt mnie nie słuchał. Co chwila musiałam chodzić do łazienki, żeby oblewać się wodą i chłodzić ciało z zewnątrz. To było dla mnie bardzo upokarzające.

Szybko trafiłam do lekarza z anginą.

Dopiero psychiatra wytłumaczyła mi, że to mobbing

Zaczęłam odczuwać lęki, gdy myślałam o pracy. Trzęsły mi się ręce, serce biło jak oszalałe, a ja ledwo co mogłam oddychać. Nie byłam w stanie odebrać telefonu ani odpisywać na maile z pracy. Na maile odpisywała moja mama.

Dopiero psychiatra wytłumaczyła mi, że to, czego doświadczyłam, to mobbing, a moje reakcje to reakcje organizmu na przemoc i próba uchronienia mnie przed nią. Lekarka oznajmiła, że ona mnie do tej pracy więcej nie puści. Zdiagnozowała u mnie początki depresji.

Z końcem lipca ostatni raz byłam w pracy. Do końca września miałam L4 ze względu na stan zdrowia psychicznego. Do dziś odczuwam skutki tej pracy. Codziennie biorę leki. Długo mi zajęło, żebym doszła do siebie, ale pomoc lekarki, rodziny i przyjaciół bardzo pomogła.

Od razu po zakończeniu pracy w cateringu dietetycznym znalazłam kolejną: w firmie z przesyłkami, w dziale reklamacji. Plusem jest na pewno wyplata i dodatki typu opieka medyczna czy karta Multisportu. Minus to wyrabianie celi premiowych. Jest też jeden lider, który działa mi na nerwy, ale jakoś sobie z nim radzę. Praca jak praca, po prostu. Na pewno czuję się lepiej niż w cateringu. Ale swoją przyszłość wiąże z kosmetologią. To moja praca marzeń.

  1. „Nadgodziny, brak wolnego weekendu, praca ponad siły. I totalny bezsens. Moja praca po prostu nie ma sensu”


Teraz, kiedy wiem, co to depresja, widzę, że już dawno mógłbym odkryć, co mnie trapi. Ale wtedy zrzucałem to na wytłumaczenia w stylu: „nie radzę sobie ze stresem”, „dużo się dzieje w pracy”, „zawsze było mi trochę smutno”. Od kiedy pamiętam, lubiłem od czasu do czasu posiedzieć w samotności i się posmucić. Posłuchać melancholijnej muzyki, powspominać, pożałować czegoś, pogrążyć się w rozpaczy. Taki byłem: samotnik, introwertyk. Na spotkaniach towarzyskich lubię siedzieć osobno albo po godzinie myślę tylko o tym, kiedy będę mógł już wracać, a gdy wreszcie wracam – czuję ulgę.

Więc kiedy w 2018 roku te potrzeby mi się nasiliły, nawet nie pomyślałem że coś jest nie tak. W pogrążaniu się w czarnych myślach było coś paradoksalnie miłego – byłem u siebie, sam ze sobą. Inne rzeczy miałem poukładane i mogłem się dołować. Na przykład tym, że będę zawsze samotny, albo że moja praca jest bez sensu (to akurat jest prawda). Traktowałem to jak problemy pierwszego świata. Mało co mi sprawiało przyjemność – nawet kino, które uwielbiam, seriale, książki, muzyka, sport. Czułem czasem bezcelowość wszystkiego. I bardzo przejmowałem się pracą: że nie daję rady, że ktoś powiedział o mnie coś nie do końca pozytywnego, że znowu robię nadgodziny, chociaż nie chcę, ale nie umiem powiedzieć, że nie chcę. Bolał mnie coraz częściej brzuch, mało spałem, budziłem się o 3-4 w nocy i oswajałem sobie pójście do pracy tym, że mam jeszcze kilka godzin dla siebie.

Od 12 lat pracuję w firmie medialno-marketingowej. Planuję klientom, jak najefektywniej powinni wydać pieniądze, żeby ich reklamy miały najmocniejszy skutek. To korpo. Praca, żeby przetrwać. Ani pasja, ani hobby. Po prostu robota dla pieniędzy.

„Gdy na chwilę przestawałem myśleć o pracy, po godzinie coś mi się skojarzyło – i znów to samo. Jak dzień świstaka”

Najgorzej było w Boże Narodzenie. Tradycyjnie brałem wtedy kilka tygodni wolnego, od połowy grudnia do początku stycznia. Ale w 2018 r. szedłem na ten urlop przytłoczony. To był dla mnie rok nowych wyzwań, strachu, że sobie nie poradzę, potem świadomości, że sobie poradziłem, kolejnych wyzwań – i tak w kółko. Czyli huśtawka: raz jestem panem świata, raz nie nadaję się do niczego. Tuż przed urlopem dostałem raport z mojej pracy. Oceniało mnie kilkanaście osób, większość było bardzo pozytywnych, kilka neutralnych z wbitymi szpilami, parę negatywnych. Oceny niby były anonimowe, ale dla mnie jasne było, że gorzej oceniają mnie najbliżsi współpracownicy – tyle że wyłącznie ci, którzy niedawno dołączyli do zespołu. Przyjaciele tłumaczyli mi zdanie po zdaniu, że ta krytyka nie ma większego sensu, że nie powinienem się przejmować, że ci, którzy mnie znają dłużej, cenią moją pracę, że zawsze jest coś do poprawy, ale bez przesady.

Nie docierało. Pierwszy tydzień urlopu to było roztrząsanie tego raportu, słowo po słowie. Co jest prawdą, co nie, jak powinienem odpowiedzieć, kiedy, co dokładnie powiedzieć. Koszmar. Święta – czas, który kiedyś był dla mnie najprzyjemniejszy na świecie – stały się jakimś dniem świstaka. Gdy na chwilę przestawałem myśleć o pracy, po godzinie coś mi się skojarzyło – i znowu to samo. Po tygodniu doszedłem do wniosku, że po powrocie z urlopu muszę porozmawiać o zmianach – i zrobiło się jeszcze gorzej. Do powrotu miałem jeszcze prawie 3 tygodnie a ja rozpisywałem sobie, co chcę powiedzieć, jak, co mogą odpowiedzieć, jak zripostuję, co, jeśli się nie zgodzą, czy rzucić pracę, czy znajdę nową, co będzie, jak nie znajdę…

„Pracowałem bez przerwy, odkładałem swoje plany, przesuwałem wizyty u lekarzy”

W końcu odważyłem się opowiedzieć mojej przyjaciółce wprost wszystko, co mam w głowie. Lawina myśli, kołowrotek, który codziennie drenował mnie z sił. Trochę ją to przytłoczyło, ale wystarczyło, że powiedziała: „Musisz się umówić do lekarza, opowiedz wszystko to, co mi mówisz” – i poczułem ulgę. Pomogła mi wybrać lekarkę, umówić się, ułożyć to, co chcę powiedzieć, a przede wszystkim sprawić, żebym się nie przejmował. Że będzie dobrze. 

Wizytę miałem na początku 2019. Diagnoza: depresja, łagodna, przepisane leki. I to wspaniałe poczucie, że to nie jest tragedia. To się zdarza i ktoś to rozumie. Od tej pory przyjmuję bez przerwy leki. Bywało już całkiem nieźle. Zacząłem też chodzić na terapię.

Ale na początku 2020 roku w pracy było coraz ciężej. Załamywały się kolejne moje granice. Miałem swoje zasady: nigdy po 21:00 w pracy, nigdy pracy w weekend, w piątki zawsze wychodzę wcześniej. Wszystkie pękały jak tama, a na mnie zwaliła się fala obowiązków. Pracowałem ciągle, bez przerwy, odkładałem swoje plany, przesuwałem wizyty u lekarzy – wciąż sobie tłumacząc, że trzeba pomóc zespołowi, że to chwilowe, a zaraz będzie mniej pracy. W połowie lutego wydawało się, że robi się trochę luźniej. Wtedy szef zrzucił na nas projekt-giganta, obwiniając mnie jeszcze, że jest do tego zmuszony z powodu moich zaniedbań. Zrobiłem mu awanturę na korytarzu, przy przechodzących ludziach. Nigdy wcześniej tak nie reagowałem. Niewiele to dało, ale zaczął unikać krytycznych uwag. Jak się później okazało, przekazywał je innym za moimi plecami.

Byłem potwornie zmęczony, a wielki projekt w toku, wciąż trzeba było coś poprawiać. Chwilowe satysfakcje przerywane były kolejnymi zadaniami. Szef zaczął nas traktować zupełnie inaczej niż wcześniej: rzucał nam temat, angażował się na początku, potem nas zostawiał, nie można było go złapać, a na koniec dołączał i zbierał gratulacje za pracę. Po czym dokładał kolejne zadania – i znikał.

„Mogłem czuć się użyteczny dla innych”

Wtedy przyszedł marzec i lockdown.

Nie czułem strachu przed wirusem. Nigdy nie bałem się zachorowania. Tyle się mówiło o bezobjawowości, że założyłem, że tak to pewnie przejdę. Osiem lat temu miałem zapalenie płuc, przeżyłem –  uznałem więc, że covid nie jest taki straszny. Bardziej się obawiałem, że ktoś inny zachoruje, więc starałem się dbać o to, żeby w razie czego nie zarazić innych. Wiem, że wielu ludziom strach przed chorobą dokładał lęków. Ale akurat mi nie.

Kiedy zaczynała się epidemia, praktycznie od razu przeszliśmy na pracę zdalną. To się zbiegło z tym, że po raz pierwszy od pół roku mieliśmy naprawdę mało pracy. Więc ja wpadłem w wir tego, co uwielbiam na urlopie: „Jestem panem swojego czasu i angażuję się w co mi tylko przyjdzie do głowy”. Specyficzna sytuacja spowodowała, że trzeba się było dopasować do szybko zmieniającego się świata – a to też lubię. Można też było czuć się użytecznym dla innych – a to uwielbiam najbardziej. Robiłem ludziom zakupy, opiekowałem się dziewczynkami mojego brata w trakcie ich dnia pracy, podwoziłem znajomych, żeby nie musieli komunikacją, zagadywałem tych, od których dłużej nic nie słyszałem, jak sobie radzą. Równocześnie miałem setki pomysłów, co robić: podcasty, puzzle, ciekawe profile na Instagramie… To był raj, choć nieraz czułem, że brakuje mi czasu. Że tu się spóźniam, tam nie zdążam, że chciałem za dużo. Trwało to z miesiąc.

„Zasypiałem pod koniec pracy i budziłem się nad ranem w poczuciu, że ktoś mi zabrał życie”

Następnie w pracy zaczęło przybywać obowiązków. U nas nikogo nie zwalniano, mimo zapowiedzi nie obniżono też ostatecznie pensji. Ale ludzie odchodzili – jak zawsze, pracuję w branży, gdzie jest duża rotacja – a na ich miejsce nie mogliśmy zatrudniać ze względu oszczędności. I coraz mocniej na sobie to odczuwałem. Zaczęły się kolejne projekty, pracy było coraz więcej i nagle okazało się, że znowu pracuję do wieczora, nieraz w nocy, w weekendy i rezygnuję z kolejnych „swoich” rzeczy, żeby w ogóle się wyrobić.

Nasz szef przyjmował na siebie kolejnych klientów i kolejne zadania. Ale on się nie angażował – więc przyjmował je na nas. Nie miał dla nas czasu, rzadko się odzywał poza wyznaczaniem zadań. Nie było od niego pomocy, a i wiele zadań trzeba było robić za niego, bo nie znał procedur i zapominał o różnych formalnościach. Jedna z osób w moim zespole robiła coraz mniej i coraz dłużej, za to coraz częściej informowała, że wychodzi do sklepu po rzeczy do urządzania mieszkania albo do lekarza. Zgadzałem się na to, bo czułem, że wszyscy mamy trudno i jakoś próbujemy to przetrwać. Ale coraz więcej robiłem za nią. Druga osoba, piekielnie zdolna i pracowita, powtarzała mi, że potrzebuje towarzystwa i musi ze mną przegadać trudniejsze elementy, więc dwa razy w tygodniu jeździłem do niej na drugi koniec Warszawy, żeby pracować w tym naszym „minibiurze”. Trudno było w tym czasie robić „moje” rzeczy. Pracowałem z narastającym poczuciem winy, że się nie wyrabiam, że odmawiam ludziom pomocy, że nie mam czasu dla siebie.

Nadeszły wakacje, otwierały się branże, a ja nie miałem kiedy z tego korzystać. Rozmowy z szefem nic nie dawały, poza tym nie potrafiłem wprost powiedzieć, że nas olał, więc na uwagi „może macie złą organizację czasu”, zastanawiałem się, czy ma rację, zamiast odpowiedzieć, że kilka osób na dwa razy więcej klientów to za mało. Zawsze mnie przegadywał. Albo mówił, że spróbuje coś załatwić, a po tygodniu okazywało się, że ma urlop, a w międzyczasie załatwił – ale kolejne dwa zadania dla nas. Próbowałem z HR-ami, z przełożonym szefa. Wszystko bezskutecznie. „Nie ma u was wakatów, nikt przecież nie odszedł”. Zdarzało mi się zasypiać pod koniec pracy i budzić się nad ranem w poczuciu, że ktoś mi zabrał moje życie, że nawet nie przeczytałem gazety.

Nie dawałem rady z nadgodzinami, przytłoczeniem, skurczeniem mojego świata do kanapy – wszędzie indziej było coś związanego z pracą.

Praca w trakcie L4

W połowie lipca pomyślałem: dość. Umówiłem się do mojej lekarki, poprosiłem o zwolnienie. Ona nie doszukała się objawów wzmocnienia depresji, dała mi L4 głównie ze względu na przemęczenie. Na trzy tygodnie.

Oznajmiłem w zespole, że mam L4, wysłuchałem żali, że ich zostawiam, po czym w poczuciu obowiązku i wyrzutów sumienia zacząłem pomagać z ukrycia tej osobie, do której wcześniej jeździłem. Bo została sama, szef poszedł na urlop, inni z zespołu też, nikt się nie przejął tym, że bardzo dużo rzeczy zostawiłem do dokończenia i wciąż wpadały nowe. Wytrzymałem tak dwa tygodnie. Potem zacząłem umierać ze stresu, że kończy mi się zwolnienie, zaraz muszę wracać i nic mi to nie dało. Więc przestałem pomagać w pracy, przeprosiłem za to. Kontakt z podwładnymi urwał się błyskawicznie, zdążyli mnie obwinić jeszcze, że ich nie wspieram, nie tylko ja mam trudno i że oni też sobie załatwią L4.

W międzyczasie zacząłem coraz częściej zasypiać w ciągu dnia. Nad książką, mailem, artykułem w Internecie. Na kolejnej wizycie, tuż przed końcem zwolnienia, opowiedziałem, że jestem jeszcze bardziej zmęczony. Lekarka wzmocniła leki, przedłużyła o trzy tygodni. Tych tygodni z grubsza nie pamiętam, bardzo dużo spałem, obwiniałem się, że marnuję swój czas na odpoczynek, a mógłbym wreszcie robić to wszystko, na co nie miałem czasu w pracy. Według góry w pracy wszystko grało, nie było wakatów, nie było przepracowania, a firma oferowała różne webinary o tym, jak sobie radzić z pandemią. Sprawdzałem maile głównie po to, żeby zobaczyć, czy ktoś o mnie pyta, czy ktoś napisał zdziwiony moją nieobecnością. Przez całe prawie pół roku zwolnienia nie odezwał się praktycznie nikt.

Spędzałem większość tygodnia sam, tylko z interakcjami przez Internet. Nie było nawet komu zapytać „Ej, coś się stało?”.

„Jak nie chcesz robić nadgodzin, to nie jesteś gotowy na powrót do pracy”

Po kolejnej wizycie zmieniłem lekarkę. Dotychczasowa zaczęła mówić, że spanie nie jest efektem leków, a tym, że nie potrafię sobie poradzić z wizją powrotu do pracy i muszę brać na siebie więcej, żeby się do tego powrotu przygotować. To mnie podłamało. Nowa lekarka, polecona przez przyjaciółkę, podeszła do mnie z troską i zainteresowaniem, jakiego nie odczułem od lat. Powolutku, bardzo powolutku, zaczęło się coś zmieniać. Miałem trochę więcej siły, coraz więcej pogodnych dni, nawet czasem nie umierałem ze strachu przed powrotem. Po jakimś czasie zacząłem myśleć, że może już przesadzam z tym L4, że mam taki niby urlop, lenię się, a inni pracują. W październiku umówiliśmy się z lekarką, że to już ostatnie przedłużenie. Ale pod koniec kolejnych trzech tygodni nie dałem rady, wróciły bóle brzucha, nudności, bóle głowy. Stres taki, że zwijałem się w kulkę i zasypiałem. Więc kolejne trzy tygodnie L4. Potem już było lepiej. 

W międzyczasie mocno się nakręcałem wizją tego, co dalej. Chciałem pogadać z szefem i HR i powiedzieć, że wracam, ale chcę zmienić zespół, przestać robić nadgodziny, a najlepiej przejść okresowo na jakieś 2/3 etatu. Nakręcałem się, bo myślałem: „a jeśli się nie zgodzą?”. Już widziałem wypowiedzenie. I dalej myśli: a co, jeśli nie znajdę pracy, a co, jeśli skończą mi się pieniądze? Wstyd się przyznać, ale na końcu tej spirali było: „to się zabiję”. W międzyczasie też bolało mnie coraz mocniej to, że nie mam z kim pogadać. Większość otoczenia wróciło do normalności, pracowało coraz dłużej, nie mieli czasu, żeby wpaść, odezwać się, napisać. Ja sam zagadywałem, ale mało kto odpowiadał, prawie nikt nie chciał rozmawiać „o tych sprawach” – depresji, lękach, stresie. Zostawała mi lekarka i terapeutka. Z terapeutki w końcu musiałem zrezygnować, bo nie było mnie na nią stać. Bardzo na moje przygnębienie wpływała sytuacja w Polsce: represje przeciw LGBT, przeciw kobietom. Kiedyś myślałem, że w razie czego wyjadę za granicę. A teraz nawet z tym byłoby trudno. 

Trzeba było wracać do pracy. Przez parę dni nikt się mną nie interesował, w końcu umówiliśmy się na spotkanie. Usłyszałem, że nikt mi nie da zespołu, bo nie zaufają mi, czy za chwilę znów ich nie zostawię, że zespół już nie chce ze mną już pracować, bo ich zostawiłem, że szef miał trudno przez moje L4. Nie zgodzą się na zmianę działu, bo nikt inny mnie nie chce. Nie zgodzą się na 2/3 etatu. Jak nie chcę robić nadgodzin, to znaczy, że nie jestem gotowy na powrót. Jedyna opcja: zostać z dotychczasowym szefem, ale z nikim innym się już nie kontaktować. On ma mi wrzucać zadania.

„Przez 12 lat nienawidziłem swojej pracy. Ona nie ma sensu”

Tak się stało. Zaczął mi dawać zadania. Pracowałem w firmie 12 lat, a to były rzeczy, które robiłem w pierwszym roku pracy. Żmudne, nudne, czasochłonne, takie, których nikt nie chce robić. Po tygodniu złożyłem wypowiedzenie. Nikt tego na początku nie zauważył, więc musiałem się dopominać o potwierdzenie dostarczenia. Na Boże Narodzenie miałem urlop, po urlopie znów zapomnieli na chwilę, że istnieję, potem okazało się, że w grudniu bardzo dużo ludzi w firmie złożyło wypowiedzenia, w tym cały mój zespół. Na razie robię robotę za nich (bo mam dłuższy okres wypowiedzenia), ale przynajmniej już bez nadgodzin. Niestety, w połączeniu z szukaniem pracy to bywa trudne. W poniedziałek spędziłem przed komputerem czas od 8 do 22: najpierw praca, potem zadanie rekrutacyjne.

Gdyby nie pandemia, nie uświadomiłbym sobie chyba tego, jak mocno czuję bezsens, nieprzydatność, odklejenie od realiów tego, co robię od 12 lat. Nienawidzę tych reklam, nie obchodzi mnie, czy tym firmom pójdzie lepiej, poza tym dostaję za to sporo pieniędzy, a lekarze, pielęgniarki, ratownicy, kurierzy, kasjerzy są niedopłacani. Tak bardzo chciałbym zacząć robić coś realnego, pożytecznego, pomagającego komuś, ale boję się, że nie spłacę z tego kredytów i zwyczajnie się nie utrzymam. Albo jest za późno, żeby w ogóle zacząć coś nowego. I to mnie dołuje chyba najbardziej, to błędne koło. Uświadomiłem sobie, jak chore jest to marketingowe środowisko, jak wysysa wszystko, co dobre z ludzi, jak bardzo jest oderwane od prawdziwego świata. A równocześnie nie wiem, jak się z tego wyrwać, bo co z tego, że rzuciłem papierami, co z tego, że mi ulżyło, skoro zaczynam powoli wysyłać zgłoszenia do podobnych firm, bo nie wiem, co innego mogę robić. 

A druga rzecz, którą pandemia wzmocniła: czas „normalności” oszukiwał mnie, że siedzenie w pracy, w tym wirze zadań, między ludźmi daje mi prawdziwe ludzkie relacje. Nie dawał. Po zwolnieniu nie został z tych ludzi praktycznie nikt, a reszta jest gdzieś wirtualnie, za barierą nieodebranej przez trzy dni wiadomości na messengerze. Siedzę w domu najczęściej sam, jeśli wychodzę coś załatwić, to też sam, nawet nie ma jak ludziom spojrzeć w oczy i złapać jakiegoś kontaktu, bo są maseczki. Uśmiechnąć się nie można. Od jesieni mam dwie kotki i życie się odtąd nieco rozjaśniło, są przecudowne i wreszcie ożywiły trochę ten pusty dom. Ale też boję się, co będzie z nimi, jak mi się skończą pieniądze.

  1. „Do końca 2021 nie mam wizji na jakikolwiek urlop. Nie mogę też być chora, bo zawali się cały grafik”


Pracuję po 10-14h dziennie. Gdy w tym czasie raz zdążę zrobić siku, uznaję to za sukces. W teorii mogę iść do łazienki zawsze, kiedy chcę, nie ma na to jakichś limitów. Ale zwykle, pod presją, po prostu nie mam czasu iść, gdy jest opóźnienie i kolejka czekających pacjentów. Przez pandemię jest jeszcze gorzej, bo ludzie czekają na dworze w deszczu czy śniegu – więc głupio mi zrobić sobie przerwę, gdy wiem, że marzną na dworze. W trakcie okresu bywa ciężej – ale mam to szczęście, że mam bardzo słabe okresy. Tampon wystarcza mi na większość zmiany. Na ból pomagają tabletki przeciwbólowe.

W teorii mam 30 minut przerwy obiadowej, o 13:00. W rzeczywistości czasami zdążę coś zjeść, ale często – nic z tego. Bardzo staram się mieć chociaż 5 minut na zjedzenie ciepłego posiłku, czasem dopiero po 16:00. Ale są dni, że nie jem w ogóle w pracy. Pełną 30-minutowę przerwę miałam ledwie kilka razy w ciągu roku. To było jak święto.

Jestem lekarką weterynarii.

„Wracam po pracy, jem i idę spać. Albo po prostu idę spać, nawet nie jedząc”

Codziennie robię nieodpłatne nadgodziny, żeby nadgonić to, na co nie ma czasu w ciągu dnia. Wszystko oczywiście jest bardzo ważne, bo chodzi o zdrowie, a czasami nawet życie naszych pacjentów.

Przed pandemią pracy było mniej, a personelu więcej. Dopada mnie skrajne zmęczenie – i fizyczne, i psychiczne. Przez tryb pracy odczuwam ciągłe wycieńczenie. Walczę z depresją, zaburzeniami odżywiania i stanami lękowymi. Wszystkie moje problemy psychiczne nasiliły się w obecnej pracy, a w ciągu pandemii jeszcze mocniej.

Mam też kompulsywne zaburzenia na punkcie sprzątania. Zawsze miałam z tym problemy, ale w czasie pandemii potrafię sprzątać wszystko. Wszędzie widzę wirusa, myję ręce non stop.

Wracam po pracy, jem i idę spać. Albo po prostu idę spać, nawet nie jedząc, bo gdy ostatni posiłek jadłam 10 godzin temu, to łatwo wpaść w jadłowstręt. W pracy nie przysługuje mi żadne chorobowe. Mam bardzo limitowane dni wolne – w grudniu wykorzystałam całe wolne na 2020 i 2021 r. ze względu na covid. Pracujemy też w święta i niedziele – do końca 2021 nie mam wizji na jakikolwiek urlop. Nie mogę też być chora, bo zawali się cały grafik. Nie wspominając o tym, co by się stało, gdybym miała covid...

„Gdy mamy cztery eutanazje dziennie, to wchodzę w otępienie lub niekontrolowany płacz po pracy”

Praca podczas pandemii początkowo nasiliła moje stany lękowe i nerwicę na punkcie sprzątania. Teraz, rok w pandemii, lęki są mniejsze – za to górę bierze ogólne zmęczenie. Na początku stresowałam się bardzo, że złapię wirusa i będę musiała iść na kwarantannę i że będę mieć z tego powodu problemy w pracy, bo zabraknie pracowników. Bałam się też, że stracę pracę, bo szef redukował etaty. Mamy bardzo dużą presję na jak największy obrót. I ciągła wizja utraty pracy: słyszymy, że jak nie będziemy pracować na maksa, to stracimy pracę, bo biznes upadnie. Przez to pracujemy ponad swoje siły i możliwości, a klientów jest zdecydowanie więcej niż przed pandemią.

Przez to, że wszystko jest zamknięte, brakuje mi oderwania i bodźców innych niż praca. Dni zlewają mi się w jedno, często nie wiem, jaki jest dzień tygodnia.

Pandemia przyniosła ze sobą falę eutanazji, co dodatkowo obciąża psychikę. Ta fala częściowo powstała przez to, że ludzie więcej czasu spędzali w domu i pewne zaniedbania dopiero wtedy zaczęły być dla nich widoczne. Eutanazja jest częścią mojej pracy, więc jestem w jakimś stopniu oswojona, chociaż zawsze to przeżywam. Ilość eutanazji wpływa na to, jak kontroluję emocje – gdy mamy jedną eutanazję tygodniowo, to mam więcej czasu na to, żeby się mentalnie przygotować i pozbierać. Gdy mamy cztery eutanazje dziennie, to wchodzę w otępienie lub niekontrolowany płacz po pracy.

Parę miesięcy temu miałam umówioną eutanazję starszego psa. Jego właściciel nie mógł się nim dłużej opiekować. Ale zamiast uśpienia, zabrałam go do domu. Zamieszkał ze mną i jest najkochańszy na świecie. I bardzo pomaga mi teraz w walce z samotnością i kryzysami psychicznymi.

„Chcę pójść do psychiatry, ale przez pracę nie mam na to czasu”

Wiem, że powinnam pójść do psychiatry – ale nigdy nie mam czasu. Przez pracę. Takie błędne koło: przez pracę czuję się gorzej i przez nią nie mogę skorzystać z pomocy. Kiedyś brałam leki antydepresyjne, ale byłam po nich senna. To mnie zniechęciło.

Miałam wtedy 18 lat. Nie mogłam się odnaleźć po śmierci bliskiej mi osoby. Niekontrolowany płacz, brak motywacji i energii, spadek nastroju, a przez pewien etap samookaleczenie i myśli samobójcze – to była moja codzienność. Byłam bardzo wrażliwa na wszelkie bodźce i dosłownie wszystko mnie dołowało i powodowało u mnie płacz – do tego stopnia, że przez rok czy dwa nie oglądałam wiadomości, filmów, seriali czy telewizji. Słuchałam tylko muzyki relaksacyjnej, klasycznej, koniecznie bez tekstu. Nie było wtedy jeszcze mediów społecznościowych, więc było mniej rozpraszaczy, ale pamiętam że ograniczyłam wszystko do minimum, bo każdy bodziec mógł mnie wyprowadzić z równowagi

Dla mnie pandemia jest takim bodźcem, który za bardzo ingeruje i sprawia, że mam poczucie utraty kontroli nad własnym życiem.

W momencie depresyjnym po maturze miałam też problemy z jedzeniem. Lekarz uznał, że to depresja spowodowana trudnym wydarzeniem. Po paru miesiącach skończyłam brać tabletki. Nie chciałam do nich wracać, bo spałam dosłownie po 20 godzin dziennie. To była taka metoda na przetrwanie trudnych chwil. I właściwie pomogło. Od tamtej pory nie byłam u lekarza ani nie brałam leków. I na co dzień jest dobrze, ale jak dopadnie mnie sytuacja typu pandemia to wszystko się nasila i jest ciężej.

„Ilość pracy całkowicie odebrała mi motywację do życia”

Pandemia, ciągłe zmęczenie i ilość pracy całkowicie odebrała mi motywację do życia. To, że końca pandemii nie widać, nie pomaga. Boję się, że tak już będzie zawsze. Że granice będą pozamykane, ludzie będą tracić pracę, bo większość małych biznesów już podupadło. Że ludzie będą usypiać coraz więcej zwierząt.

Zwykle wracam do normy, gdy mam trochę wolnego, czas dla siebie. Gdy jem regularnie i zdrowo, mogę pójść do łazienki więcej niż raz dziennie (szczególnie gdy mam okres). Praktycznie wszystko znika, gdy mam czas po pracy i nie jestem tak zmęczona, że tylko jem i idę spać.

Mam taką ulubioną trasę na spacery z psami. Cisza, zupełne odcięcie od miasta i sama natura. To zawsze mi pomaga.

Może jestem chora na pracę? Nie wiem. Ale na pewno jestem chora na przemęczenie. I chyba nie tylko ja.

undefined

„Pracownicy zgłaszają wiele objawów depresji”

1 455 777 – zgodnie z danymi ZUS-u tyle zwolnień lekarskich (L4) dotyczących zdrowia psychicznego zostało wystawionych w 2020 r. To prawie o 300 tysięcy więcej niż rok wcześniej. Jeszcze nigdy nie zaobserwowano tak wielkiego wzrostu zaświadczeń związanych ze zdrowiem psychicznym – mimo iż od 7 lat regularnie ta liczba co roku jest większa, zwykle o kilkadziesiąt tysięcy.

– To jest bardzo duży wzrost, który sporo nam mówi zarówno o zdrowiu psychicznym w czasach pandemii, jak i o pracy w nowych warunkach – komentuje Katarzyna Rakowska z Inicjatywy Pracowniczej. – W czasie pandemii wiele osób ratowało się też zwolnieniem lekarskim przed utratą pracy lub wykorzystywało L4 do opieki nad dziećmi. Z doświadczenia wiem jednak, że rzadko idzie się w takim celu do psychiatry, ponieważ w Polsce dostęp do leczenia jest utrudniony, wiąże się z wysokimi kosztami oraz stygmatyzacją. To raczej pandemia i kryzys gospodarczy miały wpływ nasze zdrowie psychiczne.

Najczęstszym zaburzeniem psychicznym upoważniającym do L4 była depresja krótkotrwała bądź długotrwała, następnie – zaburzenia lękowe.

W 2012 r. liczba zaświadczeń lekarskich dotyczących zdrowia psychicznego wynosiła 5% wszystkich zaświadczeń. W 2020 r. – już 7%. To wzrost o 3 punkty procentowe – bardzo znaczący wzrost.

Depresja w pracy czy przez pracę?

Zgodnie z badaniami Centralnego Instytutu Ochrony Pracy – Państwowego Instytutu Badawczego (CIOP-PIB) 15,1% pracowników leczyło się w przeszłości na zaburzenia depresyjne, a 4,1% potwierdziło, że obecnie przyjmuje leki przeciwdepresyjne. Objawy depresji występowały aż u 32,1% pracowników.

CIOP-PIB zaznacza, że nieobecność w pracy spowodowana depresją w perspektywie 5 lat częściej skutkuje opuszczeniem rynku pracy niż absencja spowodowana innymi problemami zdrowotnymi. Zwolnienia chorobowe osób z depresją są dłuższe niż osób z innymi schorzeniami i często kończą się przechodzeniem tych chorych na rentę. Im dłużej osoby z depresją przebywają na zwolnieniu lekarskim, tym trudniej powrócić im do pracy oraz tym częściej opuszczają rynek pracy, odchodząc na rentę.

Jak uniknąć wypalenia w pracy? 

W publikacji „Jak uniknąć wypalenia w pracy?” prof. dr hab. n. med. Marty Anczewskiej (I Klinika Psychiatryczna, Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie) możemy przeczytać, że stres w pracy powoduje załamanie funkcjonowania organizmu. Zawodowymi stresorami mogą być: nadmierne obciążenie obowiązkami, presja czasu, konflikt i niejasność ról zawodowych, polityka kadry kierowniczej, relacje ze współpracownikami, brak udziału w zarządzaniu, swobody podejmowania decyzji, możliwości podnoszenia kwalifikacji, agresja w pracy, braki w wyposażeniu, temperatura czy głośność. Najbardziej obciążają pracownika wysokie wymagania, niski poziom kontroli, np. mały wpływ na organizację pracy, i małe wsparcie ze strony kadry. Objawy krótkotrwałe takiego przeciążanie jest przyspieszone bicie serca, przyspieszony oddech, pocenie się, zimne dłonie i stopy, zimna skóra, mdłości lub wymioty czy biegunka. Za to objawy długoterminowe to m.in. zaburzenia aktywności seksualnej, problemy trawienne, bóle pleców, astma, problemy skórne, bóle głowy i wrażenie chronicznego osłabienia. Stres wpływa na cały organizm: układ nerwowy (objawy nerwicowe, depresyjne), krążenia (choroba wieńcowa, zawał serca), odpornościowy (częste infekcje bakteryjne, wirusowe), trawienny (wrzody trawienne), oddechowy (astma oskrzelowa) i hormonalny.

Długotrwały stres może też prowadzić do zespołu wypalenia. To przedłużona, uporczywa reakcja na przewlekłe stresory w pracy. Rozwija się stopniowo. Objawami ostrzegawczymi tego zespołu jest niechęć przy wychodzeniu do pracy czy spadek odporności.

W ICD-11 (czyli międzynarodowej klasyfikacji zaburzeń psychicznych) wypalenie zawodowe to konsekwencja chronicznego stresu w pracy. Nie jest zaburzeniem psychicznym, ale czynnikiem, który w istotny sposób wpływa na stan zdrowia i może wymagać pomocy lekarza. Charakteryzuje się trzema wymiarami: 1) poczucie wycieńczenia i braku energii; 2) zwiększony dystans do wykonywanej pracy lub negatywne, cyniczne nastawienie do pracy; 3) poczucie nieskuteczności i braku spełnienia. Wypalenie zawodowe odnosi się konkretnie do zjawisk występujących w kontekście zawodowym i nie powinno być stosowane do opisu doświadczeń z innych dziedzin życia. Hasło „wypalenie zawodowe” w ICD-11 ma także odnośniki do zaburzeń adaptacyjnych, zaburzeń związanych ze stresem, lęku lub zaburzeń związanych ze strachem oraz zaburzeń nastroju.

Wiele osób, które potrzebują interwencji w miejscu pracy i zgłaszają się do naszego związku zawodowego, zdecydowanie ma objawy depresji i objawy zaburzeń lękowych – mówi nam Katarzyna Rakowska z Inicjatywy Pracowniczej. – Tacy pracownicy zgłaszają wiele objawów depresji: zmęczenie, brak energii, utrata zainteresowań, zaburzenia snu, lęk, niepokój, poczucie bezsensu. Stres związany z pracą i z problemami w tej pracy ma bardzo duży wpływ na samopoczucie i zdrowie psychiczne. W pracy spędzamy osiem godzin dziennie, więc warunki pracy w oczywisty sposób będą na nas wpływały. Największy wpływ na zdrowie mają relacje władzy – czyli relacje z przełożonymi. Zakres obowiązków, obciążenie pracą, wygórowane normy – to wszystko może prowadzić do kryzysów zdrowia psychicznego. Drugi czynnik to charakter i długość pracy: rytm pracy, godziny pracy. A także to, w jakich godzinach praca się odbywa – osoby pracujące w trybie zmianowym mają większe problemy ze zdrowiem psychicznym i fizycznym niż te, które pracują w stałych godzinach.

Jak uzyskać zwolnienie chorobowe?

Od 1 grudnia 2018 r. lekarze wystawiają zwolnienia wyłącznie elektroniczne. E-zwolnienia nie trzeba dostarczać szefowi, jest automatycznie przesyłane do systemu ZUS. Wystawić je może każdy lekarz: podstawowej opieki zdrowotnej, specjalista, w szpitalu, stomatolog, a także asystent medyczny. Zgodnie z przepisami lekarz nie może przenieść tego obowiązku na innego lekarza. Lekarz potrzebuje tylko numeru PESEL, by wystawić e-zwolnienie. Może także wystawić zwolnienie na opiekę chorym dzieckiem – wtedy trzeba podać lekarzowi dane dziecka.

Antydepresyjny Telefon Zaufania Fundacji ITAKAhttps://stopdepresji.pl/tel.: 22 484 88 01e-mail: porady@stopdepresji.pl

Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracowniczahttps://www.ozzip.pl/tel.: 530 377 534ip@ozzip.pl

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego bohaterów reportażu.

Podobne artykuły

Google Maps

Polska

Zbrodnia w Borowcach. Sąsiad opowiedział więcej o Jacku Jaworku. Mężczyzna miał spore problemy

Czytaj więcej >
W jednym z mieszkań w Międzyborzu policja odkryła zwłoki kobiety. Obok niej znajdowała się dwójka dzieci

Polska

Rodzeństwo zamknięte w mieszkaniu ze zmarłą matką. Dramat w woj. dolnośląskim

Czytaj więcej >

Polska

Lubelskie. Nie żyje 24-letni motocyklista, policja wydała apel

Czytaj więcej >
ARKADIUSZ ZIOLEK/East News - zdjęcie ilustracyjne

Polska

Tragiczne skutki sobotniej burzy. Zniszczenia widoczne są w całej Polsce

Czytaj więcej >

Polska

Silne burze i deszcz w całej Polsce. IMGW wydało ostrzeżenia

Czytaj więcej >
W sobotę wieczorem w Poznaniu doszło do tragicznego wypadku. Nie żyją dwie osoby

Polska

W Poznaniu w aucie spłonęły dwie osoby. Wcześniej kierowca uderzył w słup trakcyjny

Czytaj więcej >