Moje marzenie na Dzień Kobiet? Zapłacić za prąd (Reportaż). pixabay.com
Źródło: pixabay.com
Wszystkie wideo autora Maja Staśko
Autor Maja Staśko - 8 Marca 2021

Moje marzenie na Dzień Kobiet? Zapłacić za prąd (Reportaż)

Bohaterka reportażu od dzieciństwa zmaga się z biedą i depresją, które nie opuściły jej nigdy. Przetrwała molestowanie w dzieciństwie, próbę samobójczą, toksyczny związek. Od kilkunastu lat tworzy rodzinę. Nie zawsze starczy im do pierwszego. Pandemia tylko pogłębiła ich problemy.

Mój chrześniak przyniósł mi dziś kwiatka na Dzień Kobiet. Kiedyś mąż kupował mi na rocznice ślubu czy Dzień Kobiet kwiaty. Teraz widzę, że od kilku dni chodzi nerwowy. Nie może mi dać nic, nie stać go na to.Zamyka się w sobie i nie rozmawia z nikim, bo wszyscy dookoła wręczają bukiety, czekoladki, a on nie ma nic. W tym roku jest nasza duża rocznica ślubu i choćbym miała sprzedać wszystko, to kupię mu buty, o których marzy od dawna. Jeszcze nie wiem jak, ale to zrobię. Żeby wiedział, jak wielką radością jest dla mnie i jak wielkie daje mi poczucie bezpieczeństwa.

Przychodził do mnie w nocy i wkładał mi ręce pod kołdrę

Byłam dzieckiem, nie miałam jeszcze 10 lat. Mieszkaliśmy w jednym domu z dziadkami, kilka osób w jednym pokoju, więc często spałam u dziadków w pokoju. Wujek, brat mojej mamy, mieszkał w domu razem z nami, w innym pokoju. Przychodził do mnie w nocy i wkładał mi ręce pod kołdrę. Nie wiem, jak często, bo zaledwie kilka razy się obudziłam. Zawsze wtedy głaskał mnie po głowie i kładł palec na ustach, żebym była cicho.

Wujek później napastował swoją mamę. Babcia uciekała do siostry, swojej córki. Przeszliśmy z nim piekło. Do dziś muszę oglądać ten ryj i chronić przed nim córkę, bo przez lata nikt z nim nie zrobił nic. Do teraz boję się mężczyzn. Od lat choruję na depresję.

Jak dowiedziałam się, że choruję na depresję? Po pierwszej próbie samobójczej.

Zdecydowałam się zniknąć

Jako nastolatka uznałam, że moje życie nie ma sensu. Nie czułam więzi z rodziną, a oni nie starali się mnie zrozumieć. Rodzice wiecznie w pracy. I bieda. Czasem starałam się nie jeść, żeby zostało dla rodzeństwa. Do czasu, aż zemdlałam w autobusie szkolnym. Wtedy uznałam, że muszę coś zmienić. Zawsze byłam samodzielna i sama załatwiałam swoje sprawy, bo nikt mnie nie rozumiał. Dlatego zdecydowałam się zniknąć – i najadłam się prochów. 

Byłam nad wyraz dojrzała jak na swój wiek. Powiedziała mi to pani psycholog po próbie samobójczej. Za wiele brałam na swoje barki.

Rodzice po próbie samobójczej wreszcie mnie zauważyli – ale tylko na chwilę. Jako jedna z kilkorga rodzeństwa byłam odsunięta na bok. Młodsi mieli pierwszeństwo. Lubiłam dużo mówić i dzielić się myślami, ale nikt nie brał mnie na poważnie, nikt nie chciał mnie wysłuchać. Gonili mnie do pokoju. Chyba byłam niechcianym dzieckiem. Kiedyś miałam wręcz obsesję na punkcie tego, że zostałam adoptowana. Próbowałam znaleźć na to papiery. Wtedy wszystko nabrałoby sensu.

Ale nie nabrało.

Ja po prostu chciałam być lubiana. Czy to tak wiele?

Nigdy nie miałam nowych ubrań. Chodziłam w starych, porozciąganych ciuchach po rodzinie. Buty nosiłam do momentu, aż podeszwy zaczną mówić. Dopiero wtedy ktoś z rodziny kupował mi nowe.

Dzieciaki w szkole zawsze odsuwały mnie na bok: nie miałam kasy, fajnych ubrań ani nic do zaoferowania. Dziewczyny w klasie przyjaźniły się według jasnego podziału na lepszych i gorszych. Czasem dzieciaki szły paczką do sklepiku szkolnego, by razem coś kupić. Nie mogłam iść z nimi, bo nie miałam pieniędzy. Wycieczki szkolne były moją zmorą: nikt nie chciał ze mną siedzieć w autobusie, o wspólnym pokoju nie wspomnę. Podobnie podczas pracy na lekcji w parach czy w grupach. Nigdy nie miałam z kim pracować, wciskałam się, gdzie mogłam i próbowałam ostentacyjnie pokazywać, że nie jest mi przykro. Chciałam być lubiana, niczego wtedy nie chciałam bardziej.

Moja rodzina nie widziała, że odstaję od innych, na siłę szukam znajomych i chcę być lubiana. Dlatego tak bardzo na to uważam przy moich dzieciach. Chcę, aby moje dzieci uniknęły poczucia bycia gorszym. Znalazłam różne strony z ubraniami, gdzie czasem ktoś coś odda, czasem pojawią się jakieś fajne buty na vinted. Nie uczę ich, że marka czy wygląd mają znaczenie – ale niech mają zadbane i czyste rzeczy.

Ale dzieciaki bywają okrutne. Moje starsze dzieci były bite w szkole. Nie mają tyle, co inni. Chce mi się płakać, gdy o tym pomyślę, bo zrobiłabym dla nich wszystko.

Moja bratnia dusza

Gdy byłam nastolatką, rodzice nas spakowali i przenieśliśmy się do nowego domu, jeszcze w stanie surowym, ale w spokoju na swoim. I bez zboczeńca. Potem kilka razy się wyprowadzałam. Gdy miałam 20 lat, wyprowadziłam się w do pierwszego partnera. Był narkomanem, więc po miesiącu wróciłam do domu. Potem poznałam chłopaka – do niego też się przeprowadziłam z nadzieją, że wreszcie się ułoży. Był naprawdę dobrym człowiekiem, ale tęskniłam za rodziną, w promieniu kilkuset kilometrów nie miałam nikogo bliskiego.

Na dobre wyfrunęłam z domu kilkanaście lat temu – do obecnego męża.

Męża poznałam przypadkiem, przez wspólną koleżankę. Wyglądał jak typowy kark: łysy, w dresie. Ale pozory mylą. To jest najbardziej spokojny i porządny facet, jakiego znam. Uwielbiam oglądać z nim śmieszne filmy. Sam film często mnie nie śmieszy, za to śmiech mojego męża jest niesamowicie zaraźliwy. Cieszy się jak dziecko. I ma dobre serce.

Dobrze mieć taką bratnią duszę, ale oboje mamy ciężkie charaktery. Mimo to udaje nam się razem iść przez życie. Jesteśmy wychowani z przekonaniem, że nie wyrzuca się rzeczy, tylko stara się naprawiać – i to dotyczy też naszego związku. Jesteśmy typowym staromodnym małżeństwem.

Czasem wyobrażam sobie, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy mieli pieniądze

Mąż czasem ma mnie dość i wcale mu się nie dziwię. Kręgosłup, kolano, żołądek, depresja, nerwica, specjalistyczne badania… Ciągle źle się czuję, a stres to tylko wzmacnia. Od dwóch dni chodzę nerwowa, bo zostało mi 2 zł. Znajdę jeszcze jakieś drobne na chleb, ale co dalej? Nie wiem.

Więc nie zawsze jest między nami dobrze, bywają naprawdę trudne i ciche dni. A zdarzają się i grube wojny. Po czym i tak mąż przyjdzie do mnie, nie ja do niego. Bywają momenty, że zastanawiam się, czy ja go jeszcze kocham. Ale to zwątpienie mija dość szybko.

Wiesz, jakie to przykre martwić się, żeby mieć na rachunki czy na jedzenie? Jak człowiek musi się modlić o to, żeby dał radę? Kiedyś wyłączyli nam prąd, totalna ciemność. A nas nie stać na opłacenie.

Czasem wyobrażam sobie, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy mieli pieniądze na codzienne utrzymanie siebie i dzieci. Wszystkie nasze kłótnie dotyczą pieniędzy albo mojego stanu zdrowia. Gdyby te problemy zniknęły – czy nie kłócilibyśmy się wcale?

Dwa razy trafiłam z pracy na pogotowie z atakiem paniki

Już przed pandemią nie było nam lekko. Dwa razy trafiłam z pracy na pogotowie z atakiem paniki. Ale dało się żyć. Pracowałam trochę jako telefonistka , trochę w sklepie na wiosce. Co było, to brałam. Ale to parę lat temu, przed urodzeniem najmłodszego dziecka. Ono nigdy nie będzie pamiętało czasu sprzed pandemii, gdy było u nas lepiej. Dobija mnie ta myśl.

Na początku ciąży trafiłam do szpitala, wylały się że mnie litry krwi. Ciążę donosiłam. Kolejne dziecko straciłam rok później, już nie chcę dzieci. Nie nadaję się już psychicznie. I nie stać nas na nie.

Ale przed pandemią przynajmniej wychodziłam z dziećmi na dwór.

Gdzie ja pracę znajdę?

Pandemia wszystko zniszczyła. Żyję w wiosce. Nie pracuję, ponieważ choruję na depresję i mam problemy neurologiczne. Ale nie mam renty ani możliwości podjęcia pracy. Mam za krótki czas leczenia psychiatrycznego, dopiero zacznę psychoterapię. Dostałam orzeczenie o stopniu umiarkowanej niepełnosprawności. Nie na depresję, a ze względów neurologicznych. Mam przemieszczenie w kręgach po ostatniej ciąży. Boli jak sam sk*rwysyn. Na prywatne USG wydałam ostatnie pieniądze. Wyszło coś niepokojącego, ale już na specjalistykę nie mam pieniędzy, a na NFZ niemal nie da się dostać.

Nawet jak dam młodego do przedszkola, to gdzie ja pracę znajdę? Nie mam wykształcenia, a praca w dobie pandemii to dramat.

Mój mąż się stara, bardzo. Ale zwyczajnie jest nam ciężko. Zwłaszcza po tym, jak stracił pracę. Pracował w firmie budowlanej. Był dobrym pracownikiem, na każde zawołanie. Zdarzało się, że szef nie płacił za nadgodziny, spóźniał się z wypłatą albo wypłacał w ratach. Ale przez pandemię utracił pracę. Od kilku dni pracuje, ale wypłatę dostanie dopiero w kwietniu.

Ręce mi się trzęsą na myśl o wyjściu do ludzi

Pandemia mnie zniszczyła, zaczęłam brać mocniejsze leki od psychiatry. Boję się wychodzić z domu. Agorafobia (lęk przed wyjściem z domu) doszczętnie mnie rozkłada. Idę do sklepu po chleb i widzę wędliny, napoje, które dzieci lubią – i nie mogę ich kupić. Praktycznie przestałam wychodzić, o chleb proszę głównie kogoś.

Boli mnie, że dzieci sąsiadów biegają po dworze, a ja nie mam odwagi wyjść. Tylko w domu czuję się bezpiecznie. Ręce mi się trzęsą na myśl o wyjściu do ludzi.

Ciągle się denerwuje, martwię. Czuję, jak mi serce wali jak szalone. Żołądek boli mnie z nerwów, mam dreszcze, słabo mi. W tym kraju się żyć nie da.

Dobro wraca dzięki dobrym ludziom

Tej zimy Caritas zaopatrzył nas w drzewo. Niestety, nasz dom jest nieocieplony i już zeszło nam jakieś kilka metrów więcej. Obecnie drzewa mamy mało, ale ratujemy się w zimne dni węglem, który dostaliśmy. Ktoś kiedyś powiedział, że dobro wraca. Do nas wraca w różnych momentach dzięki dobrym ludziom. W grudniu znajoma zgłosiła nas do Szlachetnej Paczki, bo już praktycznie prałam ręcznie. Mieliśmy zniszczone kołdry i poduszki. Dostałam deskę do prasowania, kołdry, piękną pralkę i wspaniałe pierze. Ze względu na mój kręgosłup kupiłam kiedyś malutką używaną zmywarkę. Ale szybko padła. Mimo że jest to bardzo zbędna rzecz, to ułatwiała życie. Ale daję radę i bez tego, są w życiu ważniejsze sprawy.

Warunki w naszym domu może nie są idealne, ale bardzo staramy się, żeby dzieci ich nie odczuły i żebyśmy sami w miarę dobrze czuli się ze swoim życiem. Mąż widzi, jak przyjdzie paczka z jedzeniem czy ubraniami dla dzieci. Wie, że dostajemy pomoc, ale nie pyta i nie rozmawia o tym ze mną. Ma świadomość, że bez tego byłoby naprawdę ciężko. Ale wstyd mu jest, że musimy prosić.

Moje marzenie? Zapłacić za prąd

Potrzebujemy jedzenia. Nie jemy za wiele. Ja uwielbiam warzywa, owoce i ser. Nic więcej nie potrzebuję. Mój synek je tylko zwykłą, najzwyklejszą szynkę. Uwielbia płatki. Takie proste rzeczy, a drogie. We wrześniu moja córka była w szpitalu, do dziś powinna mieć dietę. Nie ma diety, bo nas na to nie stać.

Marzę o tym, żeby kupić sera, szynki konserwowej, piersi z kurczaka, jeśli będzie w promocji w Biedronce bądź w Lidlu. I trochę chemii. Jedzenie można zamrozić, nie musiałabym się martwić, że nie będę miała co zrobić im do jedzenia. Bardzo zwracam uwagę na promocje i karty rabatowe sklepów. To dużo daje, gdy można kupić coś taniej.

Najdroższe są pampersy dla mojego najmłodszego dziecka. Obdzwoniłam sąsiadów, ale nikt nie ma ani pampersów, ani pożyczyć pieniędzy. Każdy ostatnio liczy grosz. Pandemia dobiła nas wszystkich.

Dawno temu przekroczyłam magiczne 30 lat. Mam dzieci. To żałosne, ale moim największym marzeniem jest, żeby zapłacić za prąd i kupić warzywa i owoce. Dla mnie to by było jak wygrana w totka.

Jeśli chcecie pomóc, zbiórka dla bohaterki reportażu TUTAJ.