wtv.pl
wtv.pl

WTV.pl

Kult harówki to promocja niezdrowego trybu życia: braku snu, jedzenia i odpoczynku. Jestem jego ofiarą

11 Kwietnia 2021

Autor tekstu:

Maja Staśko

Udostępnij:

Zaczęło się od twitta Agnieszki Gozdyry, w którym udostępniła ogłoszenie o pracę dwóch 14-letnich chłopców z komentarzem: "Chłopaki mają już jakieś oferty. Kibicuję i trzymam za nich kciuki". Adrian Zandberg jej odpisał: &

Ponad miliard dzieci w 130 krajach nie może chodzić do szkoły. Ze względu na kryzys pandemii wielu rodziców nie może sobie znowu pozwolić na posyłanie dzieci do szkoły. Tym samym rośnie ryzyko, że zostaną zmuszone do pracy narażającej ich życie lub wyzyskującej. Z danych Międzynarodowej Organizacji Pracy ponad 246 milionów dzieci na świecie pracuje. 73 mln z nich nie ma nawet 10 lat. Każdego roku 22 tys. dzieci ginie w wypadkach związanych z wykonywaną pracą. Większość dzieci pracuje w sektorze nieformalnym, bez ochrony prawnej i regulacji ochronnych: 70% w rolnictwie, myślistwie, rybołówstwie lub leśnictwie, 8% w handlu hurtowym i detalicznym, restauracjach i hotelach, 8% w produkcji, 7% w służbach miejskich, społecznych, pracach w gospodarstwie domowym, np. jako pomoc domowa.

W kolejnym twicie Zandberg napisał:

Dla fanów pracy dzieci, pp. @lis_tomasz i @RGrupinski: niestety, nie wiemy ile jest dzieci wśród ofiar wypadków przy pracy w rolnictwie, bo państwo polskie kilkanaście lat temu zaprzestało zbierania tych danych. Wtedy ofiarami takich wypadków było około 1400 dzieci. Rocznie.

To nie praca zapewnia „lepsze życie”. To możliwość niepracowania je zapewnia

Od tego czasu na Twitterze pojawiło się mnóstwo historii osób, które dzieliły się tym, że jako dzieci musiały pracować, więc nie miały czasu na naukę. A także historie osób, które na studiach musiały pracować, przez co nie miały tyle czasu na naukę i imprezy (czyli tworzenie sobie kontaktów), ile ich koledzy utrzymywani przez rodziców. To sprawiało, że mieli gorsze oceny. Ich bogaci koledzy zdobywali stypendia naukowe, dzięki czemu mieli jeszcze więcej pieniędzy, a oni nie dostawali nawet stypendium socjalnych, bo „za wiele” zarabiali w pracy. Więc dalej musieli pracować, znów mieli mniej czasu na naukę i w kolejnym roku ponownie to ci bogatsi otrzymali stypendium naukowe, skończyli studia z lepszym wynikiem i z kontaktami, które zapewniły im dobrze płatną pracę albo możliwość przesiadywania na bezpłatnym stażu, który ma im zapewnić prestiżową pracę.

Osób, które muszą się utrzymać, po prostu nie stać na bezpłatny staż – potrzebują pieniędzy za swoją pracę, bo inaczej nie miałyby czego jeść.

Więc to nie praca zapewnia „lepsze życie”. To możliwość niepracowania je zapewnia: posiadania bogatych rodziców, którzy zapewnią utrzymanie w trakcie studiów i w trakcie poszukiwania wymarzonej pracy; rodziców, których pieniądze pozwolą siedzieć kilka miesięcy na bezpłatnym stażu, by zdobyć prestiżowe stanowisko. Lub nieruchomości, z których – nic nie robiąc, po prostu je mając – otrzymuje się co miesiąc czynsz.

Więc to nie praca zapewnia „lepsze życie”. To posiadanie im je daje.

Słyszymy: ucz się, bo dzięki temu będziesz mieć wyższe wykształcenie i będzie ci lepiej w życiu.

W mediach widzimy profesorów i ekspertów, którzy pracują umysłem.

I nagle jedna z takich osób udostępnia ogłoszenie 14-latków o pracę, a inni twierdzą, że kto nie pracował fizycznie za młodu, ten nie zna życia. Dlaczego więc ci, którzy to życie znają – pracownicy fizyczni – nie są zapraszani do mediów? Dlaczego są niewidoczni, a gdy walczą w swoich zakładach pracy i próbują zainteresować tym media, są permanentnie ignorowani? Dlaczego to nie z nimi rozmawiają dziennikarze?

Zamiast iść w pole powinnam poświęcić czas nauce, bo to był mój czas. Odebrano mi go

Katarzyna [imię zmienione] pracowała za młodu na wsi. Spędzała w ten sposób czas, który mogła przeznaczyć na naukę. Pracowała głównie w wakacje, bo wtedy było więcej pracy. Ale oprócz wakacji były jeszcze sianokosy, kupkowanie siana i wykopki. Skończyła zawodówkę, wyszła za mąż i urodziła dzieci. Teraz się nimi zajmuje.

Pracuje codziennie od dziecka. Wcześniej nie dostawała za to nic. Teraz dostaje 500+ na dzieci. To 500+, które liberałowie uznają za pasożytnictwo i rozdawnictwo dla hołoty.

Katarzyna mówi, że cieszy się, że jej synowie mogą nie pracować. Jest szczęśliwa, że razem z mężem zapewniają im byt, który pozwala na skończenie szkoły i lepszą przyszłość.

Zamiast iść w pole powinnam poświęcić czas nauce, bo to był mój czas. Odebrano mi go. Wtedy mogłam się rozwijać, sprawdzić, co lubię i co mnie interesuje. Ale nie mogłam. Teraz przy ludziach czuję się głupia, gorsza. Gdy doświadczyłam gwałtu, nikt nie chciał mnie wysłuchać. Byłam dla nich za głupia, za mało ważna – opowiada mi Katarzyna.

Skoro nasi rodzice nie chcą, żebyśmy pracowali w dzieciństwie, dlaczego uprzywilejowani publicyści będą im mówić, że mają czuć inaczej? W przeciwieństwie do nich, nasi rodzice pracowali w dzieciństwie, a całe życie nie zajęły im zagraniczne wyjazdy i pięcie się na szczyt hierarchii społecznej i towarzyskiej, tylko właśnie praca. Po to, by ich dzieci nie musiały doświadczać tego samego.

Katarzyna nie występuje w telewizji i nie jest zapraszana jako ekspertka do programów, by opowiedzieć o swojej perspektywie. W jej imieniu mówią uprzywilejowani publicyści, którzy wychwalają pracę dzieci i krytykują 500+. Ich tezy są totalnie oderwane od rzeczywistości i nie przystają ani do życia Katarzyny, ani mojego. Wyglądają za to jak przekalkowane z XIX-wiecznego systemu wyzysku. Co będzie kolejne, skoro pojawiła się pochwała pracy dzieci? Uznanie 8-godzinnego dnia pracy za wyraz lenistwa? Urlop jako przeżytek dla roszczeniowych, którzy nie pracują wystarczająco mocno na swój sukces? L4 jako dowód na za małe starania – bo kto naprawdę chce coś osiągnąć, ten nie przejmuje się chorobą?

Ci ludzie, którzy gnoją aktywistkę za to, że poprosiła znajomych o zrzutkę na laptopa na urodziny i pochwalają fizyczną pracę dzieci, jednocześnie boleją nad pracującą fizycznie „patologią”, którą spotykają na plażach, a która dzięki 500+ po raz pierwszy mogła wyjechać. Tu nie chodzi o szacunek – nawet do pracy czy pieniądza. Tu chodzi, niestety, o pogardę do innych ludzi. I promocję wyzysku jako samodoskonalenia.

Takie słowa to przede wszystkim totalny brak szacunku do pracowników, którzy latami walczyli o to, żeby ich dzieci nie musiały pracować.

Gdy nie pracowałam, czułam, że jestem bezwartościowa

Wczoraj zadzwoniła do mnie koleżanka, która wspiera osoby po przemocy. Ja także to robię. Opowiadałyśmy sobie, jak sobie z tym wszystkim radzimy.

– Ciężko jest, wczoraj wyłączyłam telefon po 20:00, bo czułam już, że nie dam rady.

– Słusznie.

– A ty jak?

– Daj spokój, ja nie wyłączam telefonu w ogóle, jestem dostępna 24 godziny na dobę.

I wtedy koleżanka zaczęła się przede mną tłumaczyć, dlaczego ona wyłączyła ten telefon. Jakby fakt, że przez kilka godzin nie pracowała, był uwłaczający. Jakbyśmy musieli się tłumaczyć, że przez chwilę nie pracujemy.

Bo przecież musimy być w pracy bez przerwy. Inaczej stajemy się bezwartościowi.

Od dziecka słyszałam: „Ciężka praca popłaca”, „Ucz się, by potem móc pracować w dobrej pracy”, „Wstawaj wcześniej o godzinę, a osiągniesz więcej niż inni”. Więc wstawałam wcześniej o godzinę, przez co latami nie dosypiałam. Każde wyjście ze znajomymi wiązało się z poczuciem winy – bo przecież w tym czasie mogłabym pracować. Więc wychodziłam mniej, a w końcu wcale. Trenowałam gimnastykę, więc nie dojadałam, bo sylwetka była ważna w występach. Moje ciało było wyrazem mojej ciężkiej pracy i codziennych, wielogodzinnych treningów.

Od dziecka byłam więc uczona, że podstawowe potrzeby fizjologiczne – sen, jedzenie, odpoczynek – są czymś, czego mam się wstydzić. Że mam się ich wyzbyć, by móc efektywniej pracować. Więc nie jadłam i nie spałam, by nie tracić czasu i by wyglądać dobrze w sporcie. Miałam najlepsze oceny, wyniki, zdobywałam nagrody i pięłam się na sam szczyt.

Gdy mdlałam z wycieńczenia, czułam dumę – to był dowód na to, że ciężko pracuję. Gdy odmawiałam wyjścia z koleżankami albo imprez, czułam się bardziej pracowita i zdeterminowana – bo gdy one się bawią, ja pracuję. Gdy byłam blada po wakacjach, bo zamiast odpoczywać, uczyłam się na kolejną olimpiadę czy pisałam kolejną kilkudziesięciostronicową pracę zaliczeniową, czułam, że jestem silniejsza od tych, którzy w tym czasie odpoczywali i świetnie się bawili. Nie pozwalałam sobie na odpoczynek i zabawę. Czułam, że trzeba na nie zasłużyć. Podobnie jak na sen i jedzenie. A ja wciąż nie zasłużyłam, bo ciągle miałam sporo pracy przed sobą. Nie istniałam poza pracą. Gdy nie pracowałam, czułam, że jestem bezwartościowa.

Teraz czuję, że straciłam wiele lat na bezsensowne powtarzanie formułek i wykonywanie poleceń nauczycieli oraz pracodawców. Że ominęło mnie całe dzieciństwo i część młodości, mnóstwo świetnych doświadczeń, bo wolałam się poświęcać i hamować emocje oraz potrzeby, by być bardziej efektywną i robić więcej – zamiast żyć i przeżywać. Straciłam kontakt ze sobą i swoimi potrzebami. Dziś uczę się, jak regularnie jeść i spać bez poczucia winy. Jak pozwalać sobie na odpoczynek. Uczę się, że jestem ważna, bo jestem, a nie dlatego, że pracuję.

Ale wciąż łatwiej mi napisać książkę niż odpocząć.

Dziękuję, Tomaszu Lisie. Dziękuję, Agnieszko Gozdyro. To także Wasza zasługa.

Idealizowanie harówki to promocja niezdrowego trybu życia: niedosypiania, niedojadania i braku odpoczynku

„Ciężka praca popłaca”, „Wstawaj wcześniej o godzinę, a osiągniesz więcej niż inni” to promocja niezdrowego trybu życia: niedosypiania, niedojadania i braku odpoczynku. To sposób na wykorzystywanie i torturowanie dzieci. Takie, które może kończyć się śmiercią.

A także dorosłych: bezpłatne staże, nadgodziny, nienormowane godziny pracy, śmieciówki – to wszystko jest możliwe w tym systemie, bo ważniejsze od emocji i życia ludzi są wyniki. A tak naprawdę nie wyniki, tylko zyski tych, którzy na naszej bezpłatnej lub niskopłatnej pracy zarabiają. Bo to im opłaca się narracja o tym, że ciężką pracą można zdobyć bogactwo: dzięki niej mogą podtrzymywać wyzysk i twierdzić, że to na poczet przyszłych sukcesów i bogactwa. Tyle że tych sukcesów i bogactwa nie doświadczy większość ludzi na świecie. Doświadczają ich głównie właściciele korporacji i nieruchomości – nie dlatego, że pracują, tylko dlatego, że posiadają. Thomas Piketty w książce Kapitał XXI wieku wykazał, że zyski z kapitału rosną szybciej niż płace. W książce dowiódł, że bogactwo raczej można zdobyć przez dziedziczenie niż przez ciężką pracę: że bogaci są coraz bogatsi, a biedni – coraz biedniejsi.

Dlatego gdy widzę te okrutne zawołania o tym, że wcześniejsze wstawanie może zapewnić sukces, mam ochotę krzyknąć: wcześniejsze wstawanie może raczej zapewnić kryzys psychiczny, depresję, zaburzenia odżywiania, zaburzenia lękowe czy zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne niż sukces.

A fetysz ciężkiej, długiej pracy – to promocja niezdrowego trybu życia. To sposób na szybszą śmierć i liczne choroby – zarówno fizyczne, jak i psychiczne – a nie na sukces. Większość ludzi nie chce pracować więcej – chcą mieć czas dla siebie, bliskich i dla rodziny. Chcą móc podróżować i odpoczywać. To nie oznacza, że są leniami. To oznacza, że chcą żyć szczęśliwie, a nie oddawać się wielkim korporacjom i zamykać na całe życie w fabrykach, magazynach czy biurach.

Każdy ma do tego prawo.

Fetysz ciężkiej harówki i mit o tym, że to praca zapewnia bogactwo, sprawiają, że nie mogą.

Tomasz Markiewka w tekście „Zamiast kultu harówki – szacunek dla pracowników” wylicza konsekwencje dla zdrowia ciężkiej pracy:

„W 2019 roku na łamach amerykańskiego czasopisma naukowego „Stroke” ukazały się wyniki metaanalizy, w której uwzględniono informacje dotyczące ponad stu czterdziestu tysięcy francuskich pracowników i pracownic. Wnioski? Praca ponad dziesięć godzin dziennie przez co najmniej pięćdziesiąt dni w roku wiąże się ze znaczącym wzrostem ryzyka udaru.

Cztery lata wcześniej do podobnych wniosków doszli badacze, którzy opublikowali swoje wyniki w „The Lancet”, jednym z najstarszych czasopism medycznych na świecie. Uwzględnili oni rezultaty dwudziestu pięciu badań przeprowadzonych w Europie, USA i Australii. W sumie dane dotyczyły ponad sześciuset tysięcy osób. Analiza statystyczna ujawniła, że praca powyżej pięćdziesięciu pięciu godzin tygodniowo prowadzi do wzrostu ryzyka chorób niedokrwienia serca i udarów (w porównaniu do ludzi pracujących od trzydziestu pięciu do czterdziestu godzin w tygodniu).

Jeszcze większą liczbę danych wzięli pod uwagę badacze, którzy analizowali zdrowotne skutki pracy w „International Journal of Environmental Research and Public Health”. Na podstawie czterdziestu sześciu artykułów udało się im zgromadzić dane o ponad ośmiuset tysiącach osób z trzynastu krajów. Raz jeszcze okazało się, że zbyt długi czas pracy źle działa na zdrowie – w tym wypadku stwierdzono przede wszystkim negatywny wpływ na długość snu, co zwiększa ryzyko nadciśnienia i chorób serca.

Nie jest to tylko indywidualny problem poszczególnych osób. Jeśli zarówno sposób organizacji pracy, jak i wzorce kulturowe stwarzają presję na przepracowywanie więcej niż ośmiu godzin dziennie, to duża część ludzi będzie tak robiła.

W konsekwencji rośnie liczba osób z kłopotami zdrowotnymi. To zaś prowadzi do zwiększenia obciążeń dla służby zdrowia. Dlatego na końcu tego łańcuszka zależności okazuje się, że za kult harówki płacimy wszyscy – jako społeczeństwo.”

Praca, która wywołuje depresję

W tekście „Wycieńczeni, wyzyskiwani, przepracowani. Praca, która wywołuje depresję (Reportaż)” przedstawiłam trzy historie osób, u których praca wywołała depresję. Ich historie nie są historiami osób, które bohatersko pokonują pęcherz, głód czy wycieńczenie. Ani pęcherza, ani głodu, ani swojego ciała nie możemy pokonać – to część naszego organizmu i podstawowe potrzeby fizjologiczne. Gdy pracodawcy chcą nam wmówić, że warto pokonać swoje potrzeby czy przekroczyć własne ograniczenia, w istocie mówią nam: „chcę cię wyzyskać do samego końca, bez zważania na twoje zdrowie i życie. To mi zapewni szybkie zyski. A zyski liczą się dla mnie bardziej niż ludzie”.

Bohaterowie mówili w reportażu:

„Zaczęłam odczuwać lęki, gdy myślałam o pracy. Trzęsły mi się ręce, serce biło jak oszalałe, a ja ledwo co mogłam oddychać. Nie byłam w stanie odebrać telefonu ani odpisywać na maile z pracy. Na maile odpisywała moja mama. (...) Z końcem lipca ostatni raz byłam w pracy. Do końca września miałam L4 ze względu na stan zdrowia psychicznego. Do dziś odczuwam skutki tej pracy. Codziennie biorę leki. Długo mi zajęło, żebym doszła do siebie, ale pomoc lekarki, rodziny i przyjaciół bardzo pomogła”.

Gdyby nie pandemia, nie uświadomiłbym sobie chyba tego, jak mocno czuję bezsens, nieprzydatność, odklejenie od realiów tego, co robię od 12 lat. Nienawidzę tych reklam, nie obchodzi mnie, czy tym firmom pójdzie lepiej, poza tym dostaję za to sporo pieniędzy, a lekarze, pielęgniarki, ratownicy, kurierzy, kasjerzy są niedopłacani. Tak bardzo chciałbym zacząć robić coś realnego, pożytecznego, pomagającego komuś, ale boję się, że nie spłacę z tego kredytów i zwyczajnie się nie utrzymam. Albo jest za późno, żeby w ogóle zacząć coś nowego. I to mnie dołuje chyba najbardziej, to błędne koło. Uświadomiłem sobie, jak chore jest to marketingowe środowisko, jak wysysa wszystko, co dobre z ludzi, jak bardzo jest oderwane od prawdziwego świata. A równocześnie nie wiem, jak się z tego wyrwać, bo co z tego, że rzuciłem papierami, co z tego, że mi ulżyło, skoro zaczynam powoli wysyłać zgłoszenia do podobnych firm, bo nie wiem, co innego mogę robić.

A druga rzecz, którą pandemia wzmocniła: czas „normalności” oszukiwał mnie, że siedzenie w pracy, w tym wirze zadań, między ludźmi daje mi prawdziwe ludzkie relacje. Nie dawał. Po zwolnieniu nie został z tych ludzi praktycznie nikt, a reszta jest gdzieś wirtualnie, za barierą nieodebranej przez trzy dni wiadomości na messengerze. Siedzę w domu najczęściej sam, jeśli wychodzę coś załatwić, to też sam, nawet nie ma jak ludziom spojrzeć w oczy i złapać jakiegoś kontaktu, bo są maseczki. Uśmiechnąć się nie można. Od jesieni mam dwie kotki i życie się odtąd nieco rozjaśniło, są przecudowne i wreszcie ożywiły trochę ten pusty dom. Ale też boję się, co będzie z nimi, jak mi się skończą pieniądze”.

Pracuję po 10-14h dziennie. Gdy w tym czasie raz zdążę zrobić siku, uznaję to za sukces. W teorii mogę iść do łazienki zawsze, kiedy chcę, nie ma na to jakichś limitów. Ale zwykle, pod presją, po prostu nie mam czasu iść, gdy jest opóźnienie i kolejka czekających pacjentów. Przez pandemię jest jeszcze gorzej, bo ludzie czekają na dworze w deszczu czy śniegu – więc głupio mi zrobić sobie przerwę, gdy wiem, że marzną na dworze. W trakcie okresu bywa ciężej – ale mam to szczęście, że mam bardzo słabe okresy. Tampon wystarcza mi na większość zmiany. Na ból pomagają tabletki przeciwbólowe.

W teorii mam 30 minut przerwy obiadowej, o 13:00. W rzeczywistości czasami zdążę coś zjeść, ale często – nic z tego. Bardzo staram się mieć chociaż 5 minut na zjedzenie ciepłego posiłku, czasem dopiero po 16:00. Ale są dni, że nie jem w ogóle w pracy. Pełną 30-minutowę przerwę miałam ledwie kilka razy w ciągu roku. To było jak święto.

Jestem lekarką weterynarii.

Codziennie robię nieodpłatne nadgodziny, żeby nadgonić to, na co nie ma czasu w ciągu dnia. Wszystko oczywiście jest bardzo ważne, bo chodzi o zdrowie, a czasami nawet życie naszych pacjentów.

Przed pandemią pracy było mniej, a personelu więcej. Dopada mnie skrajne zmęczenie – i fizyczne, i psychiczne. Przez tryb pracy odczuwam ciągłe wycieńczenie. Walczę z depresją, zaburzeniami odżywiania i stanami lękowymi. Wszystkie moje problemy psychiczne nasiliły się w obecnej pracy, a w ciągu pandemii jeszcze mocniej”.

Realne konsekwencje harówki to stany lękowe, a nie miliony na koncie

I to są realne konsekwencje harówki: depresja, zaburzenia odżywiania i stany lękowe – a nie miliony na koncie.

Heroizowanie ciężkiej pracy i wycieńczenia po niej to promowanie niezdrowego trybu życia. Przyczynia się do utrwalania wyzysku i wykorzystywania ludzi, również dzieci. Praca nie jest i nie powinna być nadrzędną wartością naszego społeczeństwa. Istnieje życie poza pracą. I może zamiast uczyć dzieci szacunku do pracy i pieniędzy, nauczmy je wreszcie szacunku do innych ludzi i zwierząt.

Maja StaśkoAutor

Maja Staśko - aktywistka, dziennikarka, autorka książek i scenariuszy

Chcesz się ze mną skontaktować?

Napisz adresowaną do mnie wiadomość na mail: wtv@iberion.pl

Podobne artykuły

Bp Edward Janiak

Polska

Biskup Edward Janiak nie żyje. Zmarły kapłan odszedł w wieku 69 lat

Czytaj więcej >
Wikimedia Commons/Alina Zienowicz - zdjęcie ilustracyjne

Polska

Impas w rozmowach medyków z Ministerstwem Zdrowia. Protest będzie trwał?

Czytaj więcej >
Pixabay/stevepb

Polska

W piątek ruszają zapisy na trzecią dawkę szczepionki dla osób powyżej 50. roku życia i medyków

Czytaj więcej >
Nie żyje Józef Zbigniew Polak

Polska

Nie żyje powstaniec Józef Zbigniew Polak. Ceniony architekt miał 98 lat

Czytaj więcej >
Flickr/alex.ch, https://creativecommons.org/licenses/by-nc/2.0/

Polska

Polska nie zamierza zapłacić kary za Kopalnię Turów. Unia Europejska potrąci ją z dotacji

Czytaj więcej >
Pixabay/sarconi, Pxfuel CC0

Polska

Kopalnia Turów. Narasta niepokój wśród mieszkańców Bogatyni. „Czechów nie obsługujemy"

Czytaj więcej >