wtv.pl
wtv.pl

WTV.pl

Dziś 98. rocznica zabójstwa prezydenta Narutowicza. Narodowcy zakłócili obchody i spotkali się z ostrą reakcją

16 Grudnia 2020

Autor tekstu:

Anna Dymarczyk

Udostępnij:

Historyczne losy Gabriela Narutowicza są czarną kartą w polskiej historii. Pierwszy polski prezydent został bestialsko zamordowany w galerii Zachęta przez człowieka związanego z tzw. endecją, Narodową Demokracją, ugrupowaniem, którego jednym z lid

  • Gabriel Narutowicz był pierwszym prezydentem Polski.

  • Zginął w zamachu dokonanym w galerii "Zachęta" przez człowieka związanego z partią narodowo-demokratyczną, Eligiusza Niewiadomskiego.

  • Narutowicz swój urząd piastował jedynie przez 5 dni. Jego wybór też nie obył się bez trudności.

  • Jest to pierwsze morderstwo polityczne w historii odrodzonej Polski - miało również znamiona walki z innymi nacjami mieszkającymi na terenie Rzeczpospolitej.

  • W czasie dzisiejszych obchodów rocznicowych pod drzwiami galerii "Zachęta" pojawili się nacjonaliści, trzymający w rękach nacjonalistyczny symbol "mieczyka Chrobrego". Nie wiadomo, czy była to prowokacja, czy nieprzemyślane działanie.

Narutowicz jest postacią znajdującą się w cieniu Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa czy Mościckiego. Był jednak postacią niezwykle ważną dla tego momentu polskiej historii. 

Gabriel Narutowicz był słynnym polskim politykiem i ministrem - miał być wielkim człowiekiem dla Polski

By zrozumieć, co dokładnie stało za zamachem na Narutowicza, należy przyjrzeć się jego karierze politycznej. Gabriel Narutowicz był politykiem wywodzącym się z inteligencji - pracował jako inżynier, był również profesorem politechniki w Zurychu. Związany był wtedy z emigracyjną partia "Proletariat", a w czasie wojny zaangażował się w stowarzyszenie "La Pologne et la Guerre" (Polska i Wojna) oraz działania Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce

W 1919 roku został zaproszony przez polski rząd do powrotu do kraju, gdzie miał współpracować przy odbudowie odrodzonej Rzeczpospolitej. Szansę dostał szybko, bo już w 1920 roku. Pierwszą ministerialną tekę (ministerstwa robót publicznych) otrzymał od premiera Władysława Grabskiego.

Grabski należał do Związku Ludowo-Narodowego, ugrupowania, które łączyło w sobie zarówno partie radykalnie prawicowe, jak Narodową Demokrację Romana Dmowskiego, jak i te bardziej umiarkowane, reprezentujące odłamy chrześcijańskiej demokracji oraz konserwatywne. W rządzie po wygranych wyborach musiał jednak skorzystać zarówno z polityków związanych z obecnymi na scenie dwoma odłamami Polskiego Stronnictwa Ludowego - "Piasta" i "Wyzwolenia" - oraz osób niezwiązanych z żadną partią.

Jedną z tych bezpartyjnych jednostek w rządzie był właśnie Narutowicz. Jak się okazało, jego doświadczenie jako hydrologa z pracy w Zurychu oraz zadowolenie z prowadzenia przez niego spraw ministerialnych, zostało zauważone i mimo, że Grabski niedługo utrzymał się na stanowisko premiera, a jego miejsce zajmowali po kolei Wincenty Witos oraz Antoni Ponikowski, to Narutowicz wciąż był obecny w rządzie. Pozostał na swoim stanowisku do 26 czerwca 1922 roku, a dwa dni później został ministrem spraw zagranicznych w nowo utworzonym przez kolejnego prezesa rady ministrów, Artura Śliwińskiego, rządzie. Niedługo potem miejsce Śliwińskiego zajął Julian Ignacy Nowak. 

Pięciu szefów rządu w ciągu dwóch lat z czego jeden, Ponikowski, tworzył swój gabinet aż po dwakroć. Taka sytuacja była na porządku dziennym w okresie II Rzeczpospolitej. Narutowicz utrzymywał się na stanowisku głównie dzięki swojej bezpartyjności oraz działaniu na rzecz elektrowni wodnej w Polsce, normowaniu biegu Wisły oraz, w późniejszym okresie - wzmocnienie sojuszu z Rumunią, który potem uratował polskim rządzącym życia w 1939 roku.

Nie był w ogóle postacią kontrowersyjną - nikt nie miał mu nic do zarzucenia. Nawet jego przeszłość litewska (był zaraz po wojnie mocno związany z litewskim parlamentem) nie przeszkodziła widzieć w nim przez kolejnych szefów rządów świetnego i stabilnego materiału na ministra. 

Jak się jednak wkrótce okazało, wszystko to przestało być ważne w kontekście wyboru Narutowicza na prezydenta. Doszło do niego 9 grudnia 1922 roku.

Wybory grudniowe i nadchodzące niepokoje

II Rzeczpospolita jest czasami ogromnych wewnętrznych podziałów politycznych, ale również społecznych. Radykalizowanie się społeczeństwa było widoczne wszędzie - na ulicach, w zakładach pracy, w rodzinach, a niedziałające rządy i kłótnie polityczne doprowadzały do jeszcze większych problemów związanych z działaniem państwa.

Józef Piłsudski, jako Naczelnik Państwa, oddał władzę w 1922 roku. Nadszedł czas, żeby wybrać prezydenta, którego postać pojawia się w pierwszej konstytucji niepodległej Polski - konstytucji marcowej z 1921 roku. Według niej prezydenta na czas 7-letniej kadencji wybiera Zgromadzenie Narodowe, a więc połączone Sejm i Senat.

Do pierwszych wyborów na to stanowisko doszło 9 grudnia 1922 roku. Wystawiono w nich pięciu kandydatów - Ignacego Daszyńskiego z ramienia partii lewicowych, Jana Baudouin de Courtenaya ze środowisk mniejszościowych, Stanisława Wojciechowskiego z PSL "Piast", Maurycego hr. Zamoyskiego ze Związku Ludowo-Narodowego i popieranego przez partie prawicowe oraz Gabriela Narutowicza, który wystartował jako kandydat PSL "Wyzwolenie".

Od początku pojawienia się kandydatury Narutowicza twierdzono, że to osoba, która najbardziej mogłaby połączyć interesy wszystkich partii. Na to właśnie liczono. Inaczej wyglądało to jednak z punktu widzenia partii prawicowych, które ze względu na konflikty z ówczesnymi rządami oraz z Józefem Piłsudskim, mocno optowały za kandydaturą Zamoyskiego

Wybory, po pięciu głosowaniach, wygrał Narutowicz, choć Zamoyski wyraźnie prowadził przez wszystkie pozostałe tury. Wcześniej, z każdej kolejnej, odpadał kandydat z najmniejszą liczbą głosów i w ten sposób w ostatniej turze naprzeciw siebie stanęli Narutowicz z hrabią Zamoyskim. Wtedy właśnie środowiska ludowe, lewicowe i umiarkowane, postawiły wszystkie głosy na wygraną dawnego ministra spraw zagranicznych

Wygrana Narutowicza rozwścieczyła zwolenników Zamoyskiego. Generał Haller, mocno wspierający te środowiska, wygłosił przemówienie do idącej w kordonie młodzieży akademickiej.

- Rodacy i towarzysze broni! Wy, a nie kto inny, piersią swoją osłanialiście, jakby twardym murem, granice Rzeczypospolitej, rogatki Warszawy. W swoich czynach chcieliście jednej rzeczy, Polski. Polski wielkiej, niepodległej. W dniu dzisiejszym Polskę, o którą walczyliście, sponiewierano. Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i przybiera jak fala - mówił, przy wznoszących się okrzykach "precz z Narutowiczem", które generał mocno pochwalił.

Tłum przeniósł się potem pod drzwi związanej ze środowiskami narodowej demokracji "Gazety Warszawskiej", gdzie przemówił do niego poseł Antoni Sadzewicz.

- Zaślepienie lewicy i ludowców sprawiło, że najwyższym przedstawicielem Polski ma być człowiek, który jeszcze dwa dni temu był obywatelem szwajcarskim i któremu na gwałt, może już po wyborach na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej sfabrykowano obywatelstwo polskie. W roku 1912 Żydzi narzucili Warszawie niejakiego Jagiełłę jako posła do Dumy rosyjskiej. Dziś posunęli się dalej: narzucili pana Narutowicza na prezydenta - mówił. Świadoma manipulacja dotycząca tego, jakoby Narutowicz nie miał polskiego obywatelstwa, miała spore znaczenie przy nadchodzących wydarzeniach.

Twierdzono, że wybór Narutowicza jest "zdradą narodową" i ogłoszono akt, w którym mówiono o potrzebie walki do utrzymania "narodowego charakteru państwa Polskiego zagrożonego tym wyborem". W specjalnym oświadczeniu Narodowej Demokracji pojawił się fragment o tym, że partia nie zaakceptuje żadnego rządu, który "został utworzony przez prezydenta narzuconego przez obce narodowości: Żydów, Niemców i Ukraińców". 

Podobne wiadomości pojawiały się w prawicowych gazetach - sugerowano, że Narutowicz nie jest Polakiem, nazywano go litwomanem, zarzucano kosmopolityzm i areligijność, a także powiązania z Żydami, którzy w tym czasie, w szczególności przez partie narodowe, uważani byli za postaci zagrażające szeroko rozumianej "polskości". 

W "Gazecie Porannej" pojawiła się nawet fraza bezpośrednio nawołująca do agresji wobec nowo wybranego prezydenta.

- Ludność polska prowokacji tej nie zniesie... zamiast strumienia krwi, które widzieliśmy onegdaj, popłyną krwi tej rzeki - pisano.

Na ulicach wybuchały awantury, ale nawet mimo wygłaszanych wobec niego gróźb, Narutowicz nie chciał zrzec się urzędu. Był wyczerpany i wpadał w furię, czytając obelżywe opinie i uwagi o sobie w gazetach. Kiedy zaproponowano mu wzmocnienie straży wokół jego willi w Łazienkach, odparł:

- Gdyby się tu wdarli, będę strzelał. Ale tylko wtedy, jeśli zechcą coś zrobić memu chłopcu. A do Sejmu pojadę. Przecież nie wolno mi się cofnąć.

Zbliżał się 11 grudnia, dzień jego zaprzysiężenia. 

Najpierw groźby, potem zamach - czarna karta polskiej historii

Wielkie demonstracje związane z objęciem przez niego urzędu nie ustawały, a sam Narutowicz otrzymywał pisemne groźby w listach.

- Pozostaje Panu do oznaczonego terminu już tylko 4 doby i godzin 20. Przypominam, że grozi Panu śmierć naturalna z powodu ataku sercowego. Czas zrobić testament. Pozdrowienia. Zawiadomienie trzecie - brzmiała jeden z nich.

- Szanowny Panie ministrze! Wobec wyboru pana ministra na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej głosami lewicy i mniejszości narodowych, bloku nam wrogiego, będąc pewnymi, że pan minister będzie ugodowcem, będzie zmuszony wywdzięczać się blokowi mniejszości, że p. minister nie stworzy rządu o silnej ręce, rządu, że tak powiemy, poznańskiego, wreszcie, że pan minister śmiał przyjąć ofiarowaną sobie kandydaturę, grozimy panu ministrowi jak najfantastyczniejszym mordem politycznym. Z poważaniem polski faszysta - można było przeczytać w kolejnej. 

Narutowicz nic nie robił sobie z pogróżek i na dzień przed swoją śmiercią spokojnie planował wizytę w "Zachęcie" u boku Stanisława Cara. O 11:30 miała otworzyć się wystawa i prezydent miał pojawić się na miejscu niedługo później. O tej samej porze do galerii zawitał też Eligiusz Niewiadomski, malarz, wykładowca i krytyk sztuki, a także zwolennik partii narodowych. 

Prezydencki samochód zajechał pod "Zachętę" około 12:10. Na miejscu Narutowicz uścisnął dłonie obecnych w galerii malarzy i ruszył w kierunku pierwszej galerii. Spotkał również ambasadora brytyjskiego w Polsce, Williama Grenfella Maxa Müllera oraz jego żonę. Ta spytała go po francusku:

- Permettez-moi Monsieur le Président de Vous fèliciter (pozwoli pan złożyć sobie gratulacje, panie prezydencie).

- Oh, plutôt faire les condoléances (raczej złożyć kondolencje - odpowiedział Narutowicz.

Kiedy podszedł podziwiać obraz "Szron" autorstwa Teodora Ziomka, dało się słychać trzy strzały z rewolweru. W galerii wybuchło zamieszanie, a prezydent słaniał się na nogach i w końcu upadł na podłogę. Podtrzymano jego głowę i zawołano lekarza, który w czasie akcji stwierdził "krwotok wewnętrzny płucny, zaduszenie, zatrzymanie akcji serca i zgon". 

Mimo zamieszania udało się ująć Eligiusza Niewiadomskiego, który trzymał wciąż w ręce rewolwer. W czasie rozbrajania, powiedział, że "nie będzie więcej strzelać". 

Niewiadomski został skazany na śmierć przez rozstrzelanie, której sam zażądał. Wyrok wykonano 31 stycznia 1923 roku. Ostatnie słowa zamachowca brzmiały "Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski!". 

Nacjonaliści na rocznicy - pomyłka czy ponury żart?

- Grupa neofaszystów wyszła z jaskini i nie mogła przegapić okazji, by zrobić sobie zdjęcie z nacjonalistycznym symbolem "mieczyka chrobrego" w miejscu zamordowania prezydenta Narutowicza przez religijnego fanatyka - napisał na swoim Twitterze Krzysztof Śmiszek z Lewicy 16 grudnia 2020 roku, który tego dnia postanowił wraz ze swoją partią oddać hołd zamordowanemu prezydentowi. 

Przed wejściem do "Zachęty" pojawiła się grupa młodych mężczyzn trzymających symbol ugrupowań narodowych - tzw. mieczyk Chrobrego. W kontekście wydarzeń, do których doszło 98 lat temu, ich pojawienie się na miejscu wydaje się być ponurym żartem. Ich pobyt przy wejściu do galerii dojrzała redakcja OKO.press, która spytała, dlaczego stoją z banerem na miejscu. Nie odpowiedzieli.

Już za dwa lata przypadnie okrągła, setna rocznica festiwalu nienawiści wokół Gabriela Narutowicza. Warto się zastanowić, czy przez coraz większe podziały, ponownie nie dojdzie do tak przerażającej sytuacji jak przed laty. Oby 16 grudnia był czasem politycznej refleksji.

źródło: [WTV][Twitter/K_Smiszek][OKO.press]

Podobne artykuły

Polityka

Nagrody w Ministerstwie Zdrowia, aż 20 mln zł w 6 lat. "Jak trzeba dać pielęgniarkom, to pieniędzy nie ma"

Czytaj więcej >
Lokalne wybory to cisza wyborcza w niemal całym kraju

Polityka

Od północy trwa wyjątkowa cisza wyborcza. 13 czerwca wielu Polaków spotka się przy urnach

Czytaj więcej >

Polityka

Protest pod Pałacem Prezydenckim. Przypomnieli słowa Andrzeja Dudy

Czytaj więcej >
(screen) Youtube/Onet Rano

Polityka

Oficjalne wyniki wyborów w Rzeszowie. Zwyciężył Konrad Fijołek, kandydat opozycji

Czytaj więcej >
Jakub Kaminski/East News - zdjęcie ilustracyjne

Polityka

Margot i Łania ze Stop Bzdurom odpowiedzą przed sądem. Grozi im więzienie

Czytaj więcej >
Andrzej Duda i Kinga Duda

Polityka

Andrzej Duda nie otrzymał zaproszenia na ślub córki? Zastanawiający wpis na Twitterze prezydenta

Czytaj więcej >