Polaryzacja. https://www.flickr.com/photos/marfis75/8031936764
Źródło: https://www.flickr.com/photos/marfis75/8031936764
Wszystkie wideo autora Konrad Wrzesiński
Autor Konrad Wrzesiński - 9 Stycznia 2020

Trudna sztuka bycia za, a nawet przeciw

Polak nie znosi próżni. Pozbawiony wroga, przeciwko któremu można by się buntować, więdnie nędznie jak pozostawiony sam sobie storczyk. Pół biedy jeszcze, kiedy wróg przyszedł z zewnątrz. Nie jest tajemnicą, że nasz naród, atakowany przez obce ręce, jednoczy się nader szybko i chętnie. Co jednak w sytuacji, jeśli czasy, w których żyjemy, oszczędzą nam okupanta? Wówczas niezwłocznie podzielimy się sami.

– Zawsze tak było – zapewnia dziennikarz Marcin Meller w rozmowie z "Polska Times". – W stanie wojennym mieliśmy Solidarność i PZPR, w II RP byli endecy i piłsudczycy, pod koniec XIX wieku jedni byli za, a inni przeciw margrabiemu Wielopolskiemu. I tak można by się cofać jeszcze długo choćby do podziału na Sarmatów i okcydentalistów w Rzeczpospolitej szlacheckiej. Ten typ tak ma – mówi. Trudno się z tą oceną nie zgodzić.

Należy zauważyć, że osiągająca ogromne rozmiary polaryzacja społeczna nie ma, jak się zdaje, podłoża socjalnego czy ekonomicznego, a jest obecnie stricte tożsamościowa. Dziś dzieli nas niemal wszystko. Zaczynając od tematów katastrofy smoleńskiej czy globalnego ocieplenia, kończąc na karpiach i sylwestrowych fajerwerkach.

50/50

– Każdy sondaż, obojętnie, czy dotyczy aborcji, czy historii, pokazuje, że głosy za i przeciw rozkładają się u nas mniej więcej po połowie. Pamiętam taki rysunek Marka Raczkowskiego, infografikę z pytaniem: czy Polacy są podzieleni? I 50 procent odpowiada, że tak, a 50 procent, że nie – wspomina Meller.

Dyskurs publiczny zdominowały biel i czerń. I tak strzelanie w sylwestra jest bestialstwem albo konieczną tradycją, aborcja zabójstwem albo aktem podobnym do pójścia do wychodka, a Tokarczuk dumą narodową bądź antypolską lewaczką. Warto dodać – choć trudno w tej sytuacji powstrzymać się od śmiechu – że w przeprowadzonym przez Instytut Badań Pollster sondażu Jarosław Kaczyński został wybranym jednocześnie najgorszym i najlepszym polskim politykiem.

Dr. hab. profesor Kazimierz Dziubka, politolog i kierownik Zakładu Społeczeństwa Obywatelskiego Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z nto.pl mówi: – Mam krytyczną opinię o naszym niskim poziomie edukacji obywatelskiej, podupadającym stanie kultury politycznej i prawnej oraz nasilających się tendencjach do jednoznacznego, negatywnego i wykluczającego etykietowania każdego, kto w jakiś sposób różni się od dominujących szablonów myślenia i działania. Tym „innym” odmawia się tym samym wolności i praw, przysługujących im z tytułu członkostwa w demokratycznej wspólnocie politycznej.

Co gorsza, ten, kto nie ma jasno sprecyzowanych poglądów w danej sprawie, czuje podskórnie, że musi je mieć, by móc nazywać się pełnoprawnym obywatelem. Wie doskonale, że w dyskursie politycznym obowiązują tylko dwa kolory i należy wybrać jeden z nich. I tak: urodzony w roku 2000 dwudziestolatek, dla którego temat Lecha Wałęsy jest, być może, równie odległy i fantasmagoryczny jak II wojna światowa, staje przed wyborem: zdrajca czy bohater. Nie szkodzi, że zwykle nie dysponuje żadną wiedzą, która pomogłaby mu w trzeźwej ocenie sytuacji – jak mus, to mus!, wybrać trzeba. Jeśli tego nie zrobi, ośmieszony we własnych oczach przez swą niedorosłość i niewiedzę, prawdopodobnie usunie się w cień i odda pole tym „wiedzącym”.

Uchodźcy, geje i …?

Rzecz prosta, polaryzacja sprzyja rządzącym, wobec czego sami chętnie ją napędzają, stwarzając sztuczne podziały. Jeśli podział ten jest wystarczająco silny, polityka zostaje monopolizowana przez dwa mocarne obozy. Ich liderzy po zdobyciu władzy nie muszą już tłumaczyć, dlaczego dokonali takiej czy innej decyzji. Naród wybrał przecież „swojego”.

Silnie dzielący społeczeństwo, kontrowersyjny temat znacząco pomógł Prawu i Sprawiedliwości w przejęciu, a następnie utrzymywaniu władzy. W wyborach parlamentarnych z roku 2015 byli to uchodźcy. Cztery lata później otrzymaliśmy „ideologię LGBT”, która chce zniszczyć zachodni świat.

Narracja „ciemnej i jasnej strony mocy” nie dotyczy zresztą jedynie prawicowych ugrupowań. Włodzimierz Czarzasty, prezentując Roberta Biedronia jako kandydata Lewicy na prezydenta, zaznaczył, że „skończył się czas, w którym można być trochę za”. – Nie będziemy niuansowali, nie będziemy mówili "potrzebna jest wielka dyskusja w tej sprawie"– zapewnił. Jasne, wypowiedziane słowa miały zwyczajnie podkreślić siłę Biedronia, a ich kontekst jest tu niezwykle ważny, jednak należy zauważyć, że wypowiedź Czarzastego jest symptomatyczna – pokazuje, że narracja pt. „po mojemu albo wcale” nie jest obca obu stronom.

W kontekście nadchodzących wyborów prezydenckich nasuwa się pytanie: co będzie kolejnym tematem, który rozpali wyborców? „Tęczowa zaraza” wciąż wzbudza emocje, jednak zdaje się, że formuła ta powoli się wyczerpuje. A zatem? Ekologia? (Czy może raczej, jak mawia pewien duchowny, „ekologizm”?) Widmo wojny? Czas pokaże.

Cokolwiek by to nie było, spróbujmy pamiętać, że istnieją inne kolory niż czarny i biały. Być może powinniśmy wziąć przykład z Wałęsy – którego temat zresztą równie mocno polaryzuje polskie społeczeństwo – i nauczyć się trudnej sztuki, jak być za, a nawet przeciw.

ZOBACZ TAKŻE:

1. Tomasz Grodzki nie przeprosi, bo mu się to nie opłaca

2. Czy Donald Trump przeczytał „Sztukę wojny”?

3. Zenek Martyniuk jest dziś barometrem politycznym