wtv.pl
publicystyka

Piotr Molecki/East News

Szumlewicz: Czas na związkową alternatywę

17 Czerwca 2021

Autor tekstu:

Piotr Szumlewicz

Udostępnij:

Dwa lata temu, 13 czerwca 2019 roku wraz z grupą pracowników z różnych branż założyłem Związkową Alternatywę, nową centralę związkową, której głównym celem było i jest odnowienie ruchu pracowniczego w Polsce. Nasz związek jest alternatywą wobec autorytarnego rządu, organizacji pracodawców, ale też wobec innych central związkowych. Niestety bowiem ruch związkowy w Polsce jest pogrążony w kryzysie. Największe centrale związkowe, czyli OPZZ, FZZ i Solidarność to bierne, podporządkowane władzy molochy wpisane w sieć układów politycznych i biznesowych, a ich liderzy to biznesmeni, którzy zarabiają dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie i dbają głównie o to, żeby zachować status quo.

Skąd tak marna kondycja ruchu związkowego? Siła OPZZ i Solidarności pochodzi jeszcze z minionego ustroju. OPZZ zbudował swoją potęgę jako przystawka PZPR, a Solidarność otrzymywała olbrzymie wsparcie finansowe z krajów zachodnich. Kilka lat temu największe centrale podzieliły się Funduszem Wczasów Pracowniczych, czyli nieruchomościami, które w PRL-u należały do CRZZ, a potem do OPZZ. Z okresu Polski Ludowej pochodzi też wiele innych nieruchomości posiadanych tak przez duże centrale związkowe, jak i zrzeszone u nich związki. W konsekwencji okazuje się, że duża część majątku OPZZ czy Solidarności pochodzi z zysków na działalności gospodarczej, co sprawia, że liderzy centrali nie muszą dbać o składki od pracowników zrzeszonych w związkach zakładowych.

Z drugiej strony kolejne ustawy o związkach zawodowych były pisane tak, aby zabetonować układ tych dwóch największych central i ograniczyć możliwości poszerzenia pluralizmu związkowego. Stąd między innymi dość wysoki próg reprezentatywności krajowej (300 tys. osób) – centrale, które mają co najmniej tylu członków, uzyskują różne przywileje na poziomie państwa i zakładu pracy. Związki reprezentatywne na poziomie krajowym mają niższe progi reprezentatywności zakładowej, a dzięki temu więcej ich członków jest chronionych przed zwolnieniem. Tymczasem tak OPZZ, jak i Solidarność zbudowały swoją potęgę w minionym ustroju, mając wtedy po kilka milionów ludzi. Od tamtego czasu są bierne i apatyczne, ale wciąż korzystają z przyznanych im przywilejów. Ponadto część związków zakładowych należy do dużych centrali związkowych właśnie ze względu na ich reprezentatywność. W ten sposób system się domyka i blokuje przed zmianami. Kilkanaście lat temu powstało jeszcze Forum Związków Zawodowych, przy czym jest to centrala zbudowana z rozpadu OPZZ, a więc nie wnosząca żadnej nowej jakości, lecz wpisana w te same tryby funkcjonowania. Na czym polega szkodliwa rola OPZZ, FZZ i Solidarności jako central związkowych?

Przede wszystkim w Polsce jest rozpowszechniony wyjątkowo patologiczny i korupcyjny model dialogu społecznego, który ma swoje korzenie w minionym ustroju. Mianowicie, w Polsce Ludowej liderzy OPZZ i jego poprzednika, CRZZ na zakulisowych spotkaniach z przedstawicielami PZPR, często przy wódce, ustalali warunki pracy i płacy. Partia pacyfikowała związki podwyżkami i dodatkami dla ich liderów, a związki, nawet jak się buntowały, to często ich protesty były pozorowane, a ostatecznie wspierały one władzę. Partia rządząca miała też haki na liderów związkowych i gdy zbyt ostro bronili oni interesów pracowników, to byli pacyfikowani lub przekupywani przez nominatów partyjnych. Minęły lata i ten model funkcjonowania organizacji związkowych nie tylko się nie zmienił, ale w wielu przypadkach wręcz umocnił. Świetnym przykładem są tutaj niektóre związki górnicze – publicznie bronią interesów pracowników, a tymczasem liderzy dużych związków na kopalniach są jednocześnie we władzach prywatnych firm, które otrzymują od spółek górniczych pieniądze za świadczone usługi, na dodatek działając niekiedy na granicy prawa. W ten sposób umacnia się wyobrażenie lidera związkowego jako kombinatora, który w nieformalnych relacjach z władzą zyskuje silną pozycję i ma przywileje, z których nie korzystają zwykli pracownicy.

Na poziomie zakładowym rozpowszechniony model zakulisowych negocjacji jest uzupełniony przez korupcjogenny model etatów związkowych. Zgodnie z ustawą o związkach zawodowych, gdy związek ma co najmniej 150 osób, otrzymuje jeden etat, a po przekroczeniu 500 osób, dwa. Takie rozwiązanie sprzyja rozdrobnieniu związków, ale, co ważniejsze, pracodawcy często korumpują związki poprzez sowite opłacanie liderów związkowych. Dzieje się tak, ponieważ zgodnie z ustawą, etatowy związkowiec (finansowany przez pracodawcę) ma mieć pensję w wysokości nie niższej niż wynagrodzenie na stanowisku sprzed otrzymania etatu związkowego. W części firm, szczególnie w spółkach skarbu państwa, pracodawcy dają etatowym związkowcom znacznie wyższe pensje niż mieli wcześniej, a w zamian związkowcy są wobec nich pokorni. Gdy związek zaczyna być bojowy, pracodawca grozi liderowi obniżką pensji i w ten sposób pacyfikuje protest.

Podobną funkcję pełni przyznawanie związkom miejsc w radach nadzorczych, a niekiedy nawet zarządach firm. Mógłby to być dobry element dialogu społecznego – niestety przy słabej kondycji związków i małej kontroli przedstawicieli związków przez organizacje, z których się wywodzą, związkowcy na stanowiskach decyzyjnych często są fatalnymi członkami zarządu/rady nadzorczej, którzy podejmują wrogie działania wobec pracowników.

Korupcyjne funkcje pełni też Rada Dialogu Społecznego, ciało składające się z przedstawicieli rządu oraz przedstawicieli reprezentatywnych związków zawodowych i pracodawców. Od samego początku swojego funkcjonowania jest to instytucja czysto fasadowa, która nie ma żadnych kompetencji decyzyjnych, a jedynie konsultacyjne. Warto przypomnieć, że w 2013 roku strona związkowa zawiesiła swój udział w jej pracach (wtedy nazywała się Komisją Trójstronną, ale miała podobny kształt jak RDS) ze względu na brak dialogu. Odkąd PiS przejął władzę, kondycja dialogu radykalnie się pogorszyła, a rząd nie konsultuje ze związkami i pracodawcami praktycznie żadnych ustaw. Mimo to nikt nie opuszcza RDS ani nie zawiesza prac w jej ramach. Skąd ten zwrot? Wydaje się, że układ rządzący się umocnił, a związki w ostatnich latach zostały silniej uzależnione od władzy, co dotyczy tak Solidarności, jak też OPZZ i FZZ. Ponadto wszystkie organizacje zrzeszone w RDS otrzymują po ok. 500 tys. zł rocznie i są to środki w nikłym stopniu kontrolowane przez rząd. Innymi słowy władze central związkowych otrzymują spore pieniądze, a ich część przekazują liderom zrzeszonych u siebie związków. W ten sposób szefowie central utrzymują przy sobie bonzów branżowych za pieniądze publiczne. Władza wie, że sposób wydatkowania tych środków może budzić wątpliwości, co dodatkowo uzależnia centrale związkowe od rządu. Gdyby OPZZ czy FZZ otwarcie sprzeciwiły się rządowi, być może ruszyłyby postępowania wobec marnotrawienia środków publicznych. Tymczasem są one w pełni pasywne i posłuszne, więc gdy w 2019 r. ruszyło na szeroką skalę pięć postępowań prokuratorskich wobec OPZZ w sprawie marnotrawienia środków z RDS, nagle prowadzący sprawę prokurator rejonowy został odsunięty od sprawy i zastąpiony prokuratorką okręgową w pełni podporządkowaną Zbigniewowi Ziobrze, która błyskawicznie zamknęła sprawę (była to Maryla Potrzyszcz-Duraczyńska, która umorzyła też postępowania w sprawie wyborów kopertowych). Od tamtego czasu OPZZ stał się jeszcze bardziej bierny niż wcześniej. Obecnie jako centrala nie podejmuje praktycznie żadnych działań i istnieje jedynie jako centrum zarządzania nieruchomościami wywodzącymi się z dawnego ustroju, miejsce obsługi pieniędzy płynących z RDS-u i podstawa reprezentatywności różnych związków zakładowych. Warto w tym kontekście wspomnieć, że w ostatnich latach dziesiątki tysięcy ludzi odeszły z dużych central związkowych i najprawdopodobniej żadna z nich nie ma już 300 tys. osób (najwięcej ma pewnie Solidarność z racji splotu z władzą), tyle że dotychczas żaden sąd nie badał szczegółowo, ilu członków tak naprawdę liczy OPZZ czy FZZ.

Co zrobić, aby przeciąć ten chory układ i odnowić ruch związkowy?

Po pierwsze, warto by wprowadzić pełną jawność płac i jawność majątków organizacji zaufania publicznego, w tym związków zawodowych. Publiczne ujawnienie, że liderzy OPZZ czy Solidarności to milionerzy, którzy zarabiają wiele razy więcej niż związkowcy płacący im składki, z pewnością byłoby impulsem, który wywołałby falę krytyki. Dotyczy to również skali finansowania dużych central związkowych ze strony władzy i ich wydatków, których tryb rodzi skojarzenia z brakiem transparentności i przepychem hierarchów Kościoła katolickiego. Dotyczy to również finansowania związków zawodowych z Rady Dialogu Społecznego – tak naprawdę te środki przede wszystkim pełnią funkcję korumpowania liderów związkowych i zamykania im ust.

Po drugie, warto by zmienić sposób usytuowania etatowych związkowców. Aby związki odzyskały zaufanie i w większym stopniu wypełniały swoją misję, warto, aby etatowi związkowcy otrzymali pełne uprawnienia inspektorów pracy i aby stali się delegowaną przez związki częścią inspekcji pracy. Dzięki temu mieliby więcej obowiązków, spoczywałaby na nich większa odpowiedzialność, ale też posiadaliby większą siłę i mieli realny wpływ na sposób funkcjonowania przedsiębiorstwa i na walkę z łamaniem prawa przez pracodawców. Innym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie rozwiązania, zgodnie z którym każdy etatowy związkowiec mógłby mieć jedynie pół etatu w związku, a drugie pół musiałby pracować na dotychczasowym stanowisku. Dzięki temu liderzy związkowi zachowywaliby kontakt z pracą zawodową.

Po trzecie, na wzór krajów zachodnich, polska gospodarka powinna opierać się na branżowych układach zbiorowych, negocjowanych przez związki zawodowe i pracodawców. W takiej sytuacji tryb negocjacji powinien być w pełni jawny, a propozycje strony związkowej mogłyby być poprzedzone przez referenda.

Po czwarte, powinien zmienić się system liczenia reprezentatywności, który uprzywilejowuje duże molochy związkowe i blokuje rozwój mniejszych, ale bardziej dynamicznych organizacji. W Polsce reprezentatywność krajowa przekłada się na różne przywileje na poziomie zakładów pracy. Stąd wielu związkowców wie, że OPZZ czy Solidarność to leniwe molochy, ale należą do nich tylko ze względu na ich reprezentatywność. Gdyby zostały zmienione jej kryteria, dziesiątki tysięcy ludzi wystąpiłoby z największych central związkowych.

Po piąte, warto wprowadzić mechanizm odpisu 1% na związki zawodowe jako organizacje zaufania publicznego. W ten sposób zostałoby zweryfikowane realne zaufanie pracowników do organizacji związkowych, a zarazem związki zyskałyby dodatkowe źródło finansowania. Na tej samej zasadzie powinny funkcjonować fundacje, stowarzyszenia czy kościoły.
Czy zmiany legislacyjne wystarczą? Oczywiście nie. Aby odżył ruch związkowy nie wystarczą dobre ustawy, potrzebne jest realne zaangażowanie tysięcy ludzi pracy. Bez niego, nic się nie zmieni, a rząd nadal będzie forsował antypracownicze rozwiązania przy biernej akceptacji Solidarności, OPZZ i FZZ. Czas na związkową alternatywę tak wobec PiS-owskiej władzy, jak też wobec splecionych z nią central związkowych.

Podobne artykuły

Opinie

Egzamin ósmoklasisty: dorośli oblali. Dorośli, nauczcie się podstaw!

Czytaj więcej >

Opinie

Śpiewak: Sędziowie przeciw demokracji

Czytaj więcej >

Opinie

Szumlewicz: PiS-owska wizja niedzieli dla wyzysku

Czytaj więcej >
Modne fryzury na lato

Opinie

Modne fryzury na lato

Czytaj więcej >

Opinie

Trener sobie, piłkarze sobie. Na Euro nie dojechali liderzy

Czytaj więcej >

Opinie

Śpiewak: Pandemia – katastrofa, która nie zmieniła (prawie) niczego

Czytaj więcej >