wtv.pl
publicystyka

Marek BAZAK/East News

Śpiewak: Sędziowie przeciw demokracji

2 Lipca 2021

Autor tekstu:

Jan Śpiewak

Udostępnij:

W 2017 roku współorganizowałem jedną z największych demonstracji w obronie sądów. Dzisiaj wiem, że byłem młody i głupi.

Moja przygoda z polskimi sądami zaczęła się w 2014 roku. Wtedy zostałem po raz pierwszy pozwany przez Macieja M. Biznesmena, który przejmował najlepsze grunty w stolicy. Opisaliśmy jego działalność na mapie reprywatyzacji, którą zamieściliśmy w internecie w formie interaktywnej infografiki. M. Pozwał mnie i wygrał, bo zdaniem sędzi „mapa tworzyła wrażenie działalności przestępczej”. W ten sposób każda infografika przedstawiająca związki między różnymi podmiotami tworzy takie wrażenie. Odwołaliśmy się od wyroku i w 2016 roku sąd mnie uniewinnił. Wybuchła afera reprywatyzacyjna. Opinia publiczna była wściekła na działalność polskich sędziów, którzy umożliwili przejmowanie nieruchomości za kilkaset złotych i powoływanie kuratorów dla 120-latków. Wychodziły na jaw kolejne przekręty gwiazd warszawskiej palestry. Układ prawniczy, który dorobił się fortun na dzikiej reprywatyzacji, chwilowo się cofnął, ale szybko przeszedł do kontrataku. Do dzisiaj byłem pozwany 26 razy na drodze cywilnej i karnej. Wygrałem prawomocnie 11 spraw. W jednej mojej sprawie kasację wobec niesprawiedliwego wyroku złożył sam Rzecznik Praw Obywatelskich. Jednak dzisiaj nie da się ukryć, że sądy zaczynają mnie traktować z coraz większą surowością. Prawomocnie przegrałem pięć procesów. Kolejne trzy przegrałem nieprawomocnie. Najbardziej bolą wyroki z artykułu 212 kodeksu karnego, który przewiduje nawet rok więzienia za słowa. Chociaż politycy od lat obiecują zlikwidowanie tego przepisu, żaden rząd nie przeprowadził zmiany prawa.

Do tej pory sądy czyniły mnie przestępcą winnym zniesławienia za sformułowania takie jak „rzekomy spadkobierca” - w sprawie sporu o przejęcie kamienicy na Bielanach, gdzie nie było żadnej decyzji reprywatyzacyjnej i nie wiadomo do dzisiaj, kto rzeczywiście był spadkobiercą kamienicy. W innej sprawie sąd uznał, że jestem przestępcą, bo nazwałem adwokata, który kupił roszczenia od własnych klientów i przejął kamienicę na Mokotowie „osobą biorącą udział w dzikiej reprywatyzacji”. Sąd uznał, że takie stwierdzenie to oskarżenie kogoś o branie udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Na nic tłumaczenia, że media nazywały cały proces prywatyzacji publicznego mienia w Warszawie „dziką reprywatyzacją”, bo nie było żadnej ustawy regulującej reprywatyzację. Wszystkie decyzje wynikały - jak się dzisiaj okazuje - z niekonstytucyjnego orzecznictwa sądów administracyjnych. Przedstawiliśmy setki artykułów jako dowód, że określenie było stosowane powszechnie i nic. W sprawie córki ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego, która występowała jako kuratorka 118-latka w reprywatyzacji kamienicy, sąd uczynił mnie przestępcą za stwierdzenie, że „przejęła kamienicę”. Na nic się zdało, że była dosłownie wymieniona i podpisana na „protokole przejęcia nieruchomości” i wymieniona w nim jako „przejmująca”. Sąd tak bardzo nie chciał konfrontować się z opinią publiczną, że utajnił uzasadnienie wyroku! W kolejnej sprawie sąd skazał mnie z powództwa byłego wiceprezydenta stolicy za jedno zdanie na jego temat w poście, który dotyczył zupełnie czego innego. W tekście napisałem dosłownie 8 słów o tym, że został zdymisjonowany w związku ze swoją rolą w aferze reprywatyzacyjnej. Wiceprezydent sam mówił w TVN24, że zwalnia się go w związku z aferą i to skandal. To wystarczyło, żeby mnie skazać. Ale dlaczego to ja zostałem skazany za to co zrobiła Hanna Gronkiewicz-Waltz na zlecenie partyjnej góry? Sąd odrzucił wszystkie nasze wnioski dowodowe, absurdalnie zawężając sprawę tylko do formalnych powodów dymisji. W innej sprawie sąd karny umorzył sprawę, którą wytoczył mi burmistrz Śródmieścia za złożone zawiadomienie do prokuratury ws. reprywatyzacji gimnazjum na ulicy Twardej. W tej samej sprawie z tego samego powództwa sąd cywilny mnie skazał. Za złożenie zawiadomienie do prokuratury! W tej sprawie potem prokuratura skierowała kilka aktów oskarżenia, aresztów, ludzie, którzy prawie przejęli działkę pod gimnazjum, siedzą na ławie oskarżenia, ale oczywiście nie ma żadnych zarzutów wobec polityka, który w ogóle umożliwił całą tę sytuację.

Miesiąc temu Sąd Najwyższy uchylił karę więzienia dla Marka M. - znanego warszawskiego czyściciela kamienic, człowieka, który przed śmiercią prześladował Jolantę Brzeską. Była to jedyna osoba skazana za przekręty przy przejmowaniu warszawskich nieruchomości. Sprawa była dość prosta. M. Próbował wyłudzić kamienicę na Pradze, ale coś mu się pomieszało. W jednym sądzie mówił, że spadkobierczyni nie żyje, w drugim jako kurator przekonywał, że żyje i jest przez niego poszukiwana. Prosta sprawa, ale oczywiście nie dla polskich sędziów. Sąd Najwyższy z powodów proceduralnych oczyścił go z wyroku. Tym samym jestem dzisiaj jedyną osobą skazaną karnym wyrokiem w aferze reprywatyzacyjnej. Nie ma żadnych konsekwencji wobec sędziów sądów administracyjnych, którzy dostosowali swoje decyzje do pragnień lobby reprywatyzacyjnego. Przyjęta przez Sejm w zeszłym tygodniu ustawa ochrzczona mianem ustawy antyreprywatyzacyjnej tak naprawdę naprawia tylko to, co zrobili Polscy sędziowie. Stworzyli oni bowiem fikcję prawną, która umożliwiała unieważnienie decyzji administracyjnych wydanych przed ponad pół wiekiem jako takich, które nie wywołały żadnych nieodwracalnych skutków prawnych. 50 tysięcy warszawiaków wyrzuconych z mieszkań na podstawie takiego orzecznictwa miało w tej sprawie inne zdanie. Trybunał Konstytucyjny i Sejm naprawił więc wyjątkową samowolę sędziowską. Nie ma żadnych konsekwencji wobec sędziów, którzy dawali kuratelę 120-latkom. Nie ma dyscyplinarek dla sędziów, którzy akceptowali umowy zakupu roszczeń reprywatyzacyjnych za pięćset czy tysiąc złotych do kamienic wartych miliony. Środowisko sędziowskie w żaden sposób nie przeprosiło za aferę reprywatyzacyjną, nie oczyściło się z czarnych owiec. Procesy (zaledwie) kilkudziesięciu oskarżonych w aferze reprywatyzacyjnej trwają już kolejne lata. Za to w moich sprawach sędziowie działają błyskawicznie. Wystarczą dwa, trzy posiedzenia, żeby zrobić ze mnie przestępcę. Nic dziwnego, że żadna wielka afera w III RP nie została nigdy do końca wyjaśniona. Jan Kochanowski już w XVI wieku pisał: Prawa są równie jako pajęczyna: Wróbel się przebije, a na muszkę wina. Prawo i wymiar sprawiedliwości w Polsce dzisiaj służy przede wszystkim bogatym do obrony przed słabymi i biednymi.

Na zachodzie pozwy wytaczane przeciwko aktywistom i sygnalistom nazwa się SLAPP (Strategic Lawsuit Against Public Participation), czyli strategiczna akcja prawna przeciwko udziałowi w życiu publicznym. To skoordynowane działanie, żeby zamknąć usta tym, którzy występują przeciwko możnym i wpływowym tego świata. Gdyby nie praca trzech świetnych adwokatów, którzy pracują pro publico bono, dzisiaj miałbym nie tylko karne wyroki na koncie, ale byłbym również bankrutem. Na zachodzie sędziowie rozumieją, że wolność słowa jest podstawą demokracji. Biedni i bezsilni mają do dyspozycji tylko krzyk. Dzisiaj sądy chcą zamknąć mi usta wysyłając do wszystkich jasny sygnał - nie bawcie się w społecznikostwo, nie brońcie słabszych. W walce o demokracje nie wystarczy odsunąć PiSu od władzy. Trzeba też od władzy odsunąć coraz bardziej autorytarnych polskich sędziów.

Jan ŚpiewakAutor

Działacz społeczny i publicysta.

Chcesz się ze mną skontaktować?

Napisz adresowaną do mnie wiadomość na mail: wtv@iberion.pl

Podobne artykuły

Opinie

Śpiewak: Sex work, czyli mrówki głosują na partię mrówkojadów

Czytaj więcej >

Opinie

Śpiewak: Cywilizacja śmierci w państwie na niby

Czytaj więcej >

Opinie

Szumlewicz: Lewica nie powinna kolaborować z TVP

Czytaj więcej >

Opinie

Staśko: Dlaczego wspieram kobiety, które ujawniły sprawców przemocy, choć jest (niewielka) szansa, że mogą kłamać?

Czytaj więcej >

Opinie

Hartman: Tusk potrzebuje pomocy

Czytaj więcej >

Opinie

Egzamin ósmoklasisty: dorośli oblali. Dorośli, nauczcie się podstaw!

Czytaj więcej >