Pies konał pod kościołem. Nikt się nim nie zajął.. Pixabay/Seaq68Źródło: Pixabay/Seaq68
Wszystkie wideo autora Pamela Obuchowska
Autor Pamela Obuchowska - 20 Stycznia 2020

Atos umierał w bólach pod kościołem. Haniebna postawa księdza i wiernych

Pies konał pod kościołem. Ludzie go mijali w drodze na msze i udawali, że nie widzą. Pies rasy mieszańca bernardyna bardzo cierpiał i był głodny, ale nikogo z wiernych to nie interesowało i nikt nie chciał się nim zająć. Został pozostawiony na pastwę losu przez emerytowanego proboszcza, który wśród rzeczy przekazywanych swojemu następcy, zostawił właśnie także psa o imieniu Atos. Gdzie w tej sytuacji podziała się postawa katolicka, mówiąca o pomaganiu, dzieleniu się dobrem i miłością?

Psa Atosa znali i lubili wszyscy we wsi. Szczególnie szalały za nim dzieci ze szkoły podstawowej, które biegały za nim i pozwalały sobie przy tym na wiele, na przykład ciągnęły go za uszy i wchodziły na niego. On znosił to wszystko dzielnie i cierpliwie.

- Bardzo przyjazny dla ludzi - mówił o psie ksiądz Mieczysław Bochenek, który znał go najlepiej.

Waloryzacja emerytur wyższa, niż zakładano? Dobre wieści dla seniorówWaloryzacja emerytur wyższa, niż zakładano? Dobre wieści dla seniorówCzytaj dalej

Pies konał pod kościołem. Wszyscy odwracali wzrok od jego cierpienia, włącznie z duchownymi i wiernymi

Czworonóg pojawił się w parafii w Łubkach w 2005 roku w święto Trzech Króli. Przywiózł go wtedy zaprzyjaźniony kapłan ze Śląska. I tak już zostało - pies został w parafii na 12 lat. Jednak po pewnym czasie z psem zaczęło dziać się coś niepokojącego. Nastały mroczne dni, Atos zaczął być zaniedbywany przez księdza. Potem było już tylko gorzej. Nie przejmowali się nim za specjalnie ani mieszkańcy, wierni, ani duchowni z kościoła.

- Atosa kojarzyłem oczywiście, jestem stąd, mieszkam ze trzy kilometry od szkoły, widziałem jeszcze, jak za księdzem Bochenkiem chodził. Ksiądz szedł do sklepu pieniądze sobie zamienić z tacy, a on za nim. „Ale wierny przyjaciel!” – mówię kiedyś do proboszcza. „A – odpowiada – czepił się i już tak 12 lat za mną łazi”. Bo ten Atosina już wtedy nie wyglądał za dobrze. Miał sierść przetartą i zmiany na skórze. Mojej suczce też się takie coś kiedyś zrobiło i weterynarz powiedział, że to uczulenie na pchły i że odrobaczyć trzeba, żeby pies sierści nie wygryzał, odrobaczyłem i problem znikł. No i Atos wtedy już nie miał tyle sił co kiedyś. Jak ksiądz zasuwał pod górę, to pies musiał odpoczywać ze trzy razy. A potem proboszcz odjechał i Atos został sam. - opowiada pan Roman, który pracuje jako konserwator w pobliskiej szkole podstawowej.

Ksiądz Bochenek był proboszczem w Łubkach przez 32 lata. W lipcu 2017 roku przeszedł na emeryturę i wyjechał, a Atosa zostawił.

- Nie miałem jak go ze sobą zabrać - tłumaczy się duchowny. - Jechałem mieszkać kątem w innej parafii, na takiego psa zupełnie warunków nie było - dodaje.

Świadkowie i lokalna społeczność widzieli, jak po opuszczeniu wioski przez proboszcza, zrozpaczony pies całe dnie krąży po okolicy i szuka swojego pana. Ksiądz Bochenek był proboszczem w Łubkach przez 32 lata.

Ksiądz Bochenek przed swoim wyjazdem miał się umówić z nowym proboszczem, żeby ten zajął się Atosem. Jednak zanim nowy proboszcz pojawił się w parafii, przez pewien czas zarządzął nią jeszcze inny kapłan, któremu obojętne były losy psa. Nie miał kto się nim opiekować, pies wręcz przymierał głodem i było po nim widać, że zmizerniał i cierpi.

- Po Atosie zaczęło być widać, że jest niedożywiony - mówi pan Roman. - Zacząłem go dokarmiać. Dawałem mu resztki dziecięcych obiadów, dzieci dużo wyrzucały. Panie ze stołówki wylewały te zlewki za szkołą, schodziły się różne psy. Jak Atos huknął, a był przecież wielkim psiakiem, to uciekały. Uznałem, że trzeba porozmawiać z tym zastępczym proboszczem. Pytam: „Czy ksiądz daje psu jeść?”. A on mi na to: „No czasem mu daję”. To pytam: „A czy ksiądz je czasem czy codziennie?”. Popatrzył na mnie dziwnie, że w ten sposób to rozmawiać nie będziemy. To ja na to, że podobno ksiądz Bochenek dużo karmy zostawił i że ja mogę ją psu dawać, tylko niech mi ją wyda. Odparł oschle, że nic o tym nie wie, odwrócił się i poszedł. - opowiada dalej.

Ksiądz Marek J., obecny proboszcz parafii w Łubkach, nie chce rozmawiać o psie. Najwidoczniej jest to dla kościoła bardzo niewygodny temat, jak i sam pies.

- Przyszedł pan, by mnie zdenerwować? Nie mam sobie nic do zarzucenia i nie będę rozmawiał na ten temat. Do widzenia. - mówił oburzony.

Złym stanem psa najbardziej przejęty był jedynie pan Roman, który prócz dokarmiania na własną rękę, niestety niewiele mógł zrobić. Pies, prócz niedożywienia, cierpiał jeszcze z kilku innych powodów, m.in. wypadała mu sierść i miał rany na skórze, które zostawiały krwawe ślady. A tak pan Roman wspomina próby rozmów z księdzem: - Nie potraktował mnie za dobrze. Powiedziałem mu, że gdyby kupić psu coś na odpchlenie, kropelki takie, to udałoby się go wyleczyć. Wtedy zaczął ze mną rozmawiać bezosobowo: „Niech kupi, ja pieniądze zwrócę”. No dobrze, niech tak będzie. Pojechałem miejscowość obok do weterynarza raz, drugi, ale go nie zastałem. Ja nie mam samochodu, jeżdżę rowerem, uznałem, że jednak sobie z tym nie poradzę, poszedłem znów do księdza i mu o tym powiedziałem, ale zignorował mnie zupełnie. Dalej nie działo się zupełnie nic. Podczas jakichś uroczystości szkolnych podszedłem do proboszcza i mówię: „Pies jest w złym stanie, niech ksiądz coś zrobi”. Ręką machnął i poszedł.

Zadziwiająca i okrutna jest także obojętność i znieczulica lokalnej społeczności i wiernych, którzy idąc na mszę, omijali psa szerokim łukiem, odwracając głowę od jego cierpienia. Zamiast pomóc, udawali, że go nie widzą i że problemu nie ma.

- Było to bardzo dziwne, bo zupełnie jakby ten pies był niewidzialny, wszyscy go omijali. Wyglądał fatalnie, był strasznie biedny, zaniedbany, miał rany, a w nich ruszały się takie małe białe robaki. Serce mi się ścisnęło. Pogłaskałam go i wtedy zaczął machać ogonem, był naprawdę przyjacielski, próbował wstać, ale kulał na tylną nogę, z trudem się poruszał, bardzo ciężko oddychał. - wspomina jedną z przykrych sytuacji Julia, licealistka z Lublina. Miało to miejsce w niedzielę, w godzinach porannych, gdy wszyscy szli i wracali z kościoła, pies leżał na kościelnym parkingu i nie dało się go nie zauważyć.

- I zapytałam wtedy księdza, czy może coś wie na temat tego psa. I to też było bardzo dziwne. Proboszcz odparł, że psa wszyscy znają, że on tu zawsze tak siedzi, bo to jego dom, i że po co w ogóle go ruszać. I poszedł sobie. - opowiada oburzona dziewczyna.

Pies został w końcu zabrany z parafii do schroniska. Po 8 miesiącach zdechł. Fundacja Ex Lege i prokuratura domagają się ukarania księdza za zaniedbanie psa.

ZOBACZ TAKŻE:

1. Możesz skutecznie obniżyć opłaty za śmieci. Jeden sposób, dzięki któremu oszczędzisz na rachunkach

2. Niesamowite znalezisko w polskiej rzece. Wielu nie mogło uwierzyć, leżało na samym dnie

3. Rafał Trzaskowski dostaje listy z pogróżkami. Boi się najgorszego

4. Nie żyje uznany reżyser z Poznania. Dramatyczna śmierć na przyjęciu

5. Magda Umer zdradziła najskrytsze tajemnice swojej sławnej przyjaciółki. Wielkie zamieszanie

6. Bardzo smutne słowa Salety o zdrowiu jego córki. Nie wygląda to dobrze

Nie przegap żadnych najciekawszych artykułów! Kliknij obserwuj wtv.pl na: Google News