wtv.pl
Projekt bez tytułu

East News

Hartman: Fetysz książki a sprawa polska

14 Maja 2021

Autor tekstu:

Jan Hartman

Udostępnij:

I znów Biblioteka Narodowa opublikowała raport o stanie czytelnictwa w Polsce. Tym razem niby optymistyczny: w pandemii Polacy wzięli się znów do czytania, a krzywa zamiast nadal spadać, urosła do poziomu z roku 2015. 42% Polaków w 2020 roku przeczytało co najmniej fragment jednej książki (o 5% więcej niż w roku 2018). Wow! Duma, duma, narodowa duma!

Realnie czyta (siedem książek w roku lub więcej) 15% kobiet i 7% mężczyzn. A co czytają? Kryminały, biografie, fantastykę, romanse. A kogo? Lista najpopularniejszych autorów nie brzmi szczególnie wiarygodnie, bo chociaż w Remigiusza Mroza na pierwszym i Olgę Tokarczuk na drugim miejscu można jeszcze uwierzyć, to Sofokles na 18 i Tusk na 25 brzmią nader podejrzanie. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że tego rodzaju ankiety mają bardzo słabe mechanizmy korekcyjne i w zasadzie biorą za dobrą monetę deklaracje respondentów. Nieszczęsny Sofokles przypomniał się jakiejś grupie uczniów „przerabiających” dramat grecki, a Mróz z Tokarczyk przypomnieli się takim, co zadeklarowali, że coś przeczytali, a jedyne znane im nazwiska pisarzy to właśnie ci. Zresztą nie wynika z tego bynajmniej, że nie są najpoczytniejszymi pisarzami w Polsce. Raczej przeciwnie.

Tym razem nowe wieści o uczoności Polaków, którzy jak te mole książkowe pożerają statystycznie po jednej kartce książki rocznie, zbiegły się z sensacją na lewicy, która przekroczyła kolejną granicę i otworzyła kolejne pole walki o równość i sprawiedliwość, odkrywając nowe terytorium dyskryminacji. Otóż (dla przypomnienia, bo przecież wszyscy już wiedzą) w TVN Maja Staśko oświadczyła, że wytykanie ludziom nieczytania książek jest wyrazem klasizmu, a więc dyskryminacji. Prawdę mówiąc, podobne głosy pojawiały się już wcześniej.

Brzmi to śmiesznie, a jednak coś w tym jest. Czyż nie znęcamy się trochę nad tymi wszystkimi… (jak ich zwać?), którzy nie mają w domu ani jednej książki? Znęcamy się chętnie, jakkolwiek adresujemy swoje pogardliwe uwagi nie tyle do ludzi naprawdę prostych i biednych, lecz raczej do tych nieźle sytuowanych, którzy niby to mają jakieś ambicje kulturalne, lecz na samych ambicjach się kończy. Skądinąd książki w domu jako probierz kultury trochę się dezaktualizują, bo młodzi wykształceni z dużych miast sami już książek nie gromadzą, zadowalając się e-bookami.

Snobistyczne gromadzenie i czytanie książek sprzyja wykształceniu „klasy aspirującej”, lecz mierzi ludzi prostych, odwodząc ich od czytania. I tu red. Staśko ma chyba rację. Jednak jeśli chodzi o klasistowską wzgardę dla nieczytających książek, to sprawa nie jest taka prosta. Oburza nas brak książek w domach, w których się ich spodziewamy z racji statusu społeczno-zawodowego oraz majątkowego gospodarzy. Nie oburza nas jednak wcale, gdy okazuje się, że książek nie ma w domach ludzi bardzo prostych i biednych. Może czasami niesprawiedliwie swoje oburzenie rozkładamy, lecz co do zasady oczekiwanie, że ludzie z pewnymi aspiracjami będą jednocześnie ludźmi czytającymi jest chyba słuszne i naturalne. W końcu jak ktoś nie czyta, to niewiele wie, a umysł ma mało wyrobiony. Czytanie jest dobrym kryterium poziomu umysłowego i kulturalnego, a więc i tego, czy dana osoba pasuje do zajmowanego przez siebie stanowiska.

Natomiast na pytanie, czy poziom czytelnictwa jest dobrym wskaźnikiem ogólnego poziomu umysłowego społeczeństwa, odpowiedź nie jest prosta. Ogólnie raczej sympatyzuję z lamentem nad upadkiem czytelnictwa i nie sympatyzuję z „metalamentem” lewicowych publicystów nad lamentującymi „snobami”. Przede wszystkim jednak mam wątpliwości co do wiarygodności badań, a już zwłaszcza z powodu przewagi, jaką daje się w ich interpretacjach czynnikom ilościowym na niekorzyść jakościowych.

Decydujące jest to, co ludzie czytają i czy w ogóle rozumieją, co czytają. Jeśli ktoś czyta romanse albo fantastykę, to z pewnością może udoskonalić swoje kompetencje językowe, lecz czy wzrośnie jego (jej) wiedza o świecie? Dla oceny poziomu kulturalnego społeczeństwa najważniejsze wydaje mi się to, jak szeroko czytane są teksty trudniejsze, mające jakąś zawartość poznawczą. I wcale mi się nie wydaje, aby to, czy są one książkami, czy artykułami, miało tu szczególne znaczenie. Liczy się raczej nie kalkulacja, ile Polacy czytają książek, lecz to, ilu z nich spędza czas na lekturze wartościowych tekstów. Sądząc ze swoich długoletnich doświadczeń ze studentami różnych uczelni, czytających jest garstka. A sądzę tak dlatego, że absolwenci szkół zwykle nie rozumieją zwykłego tekstu publicystycznego. Jest to umiejętność, którą posiadło kilka, może kilkanaście procent społeczeństwa. A że takie osoby z pewnością co najmniej te siedem książek w roku czytają, to i wyniki badań Biblioteki Narodowej zdają się te intuicje potwierdzać. Zapewne byłoby dobrze, gdyby czytało i oddawało się refleksjom więcej ludzi. Tak czy inaczej będzie to zawsze wyraźna mniejszość społeczeństwa. Może więc od ilości ważniejsza jest jakość. A ta – jak widać po niniejszym felietonie – wcale nie jest u nas zła!

Jan HartmanAutor

Profesor nauk humanistycznych. Filozof i bioetyk.

Chcesz się ze mną skontaktować?

Napisz adresowaną do mnie wiadomość na mail: wtv@iberion.pl

Podobne artykuły

Opinie

Śpiewak: Sex work, czyli mrówki głosują na partię mrówkojadów

Czytaj więcej >

Opinie

Śpiewak: Cywilizacja śmierci w państwie na niby

Czytaj więcej >

Opinie

Szumlewicz: Lewica nie powinna kolaborować z TVP

Czytaj więcej >

Opinie

Staśko: Dlaczego wspieram kobiety, które ujawniły sprawców przemocy, choć jest (niewielka) szansa, że mogą kłamać?

Czytaj więcej >

Opinie

Hartman: Tusk potrzebuje pomocy

Czytaj więcej >

Opinie

Egzamin ósmoklasisty: dorośli oblali. Dorośli, nauczcie się podstaw!

Czytaj więcej >