Anna przeżyła piekło. Archiwum Anny
Źródło: Archiwum Anny
Wszystkie wideo autora Maja Staśko
Autor Maja Staśko - 20 Listopada 2020

Urodziłam dziecko z gwałtu, a państwo nie dało mi nawet na pieluchę. Niedawno znów zostałam zgwałcona (Reportaż)

12 lat temu Anna urodziła dziecko z gwałtu. To była trudna decyzja. Publiczne instytucje zapewniały, że dobro dziecka jest najważniejsze. Przez wiele lat nie otrzymała od państwa ani złotówki, ani pieluchy czy puszki z mlekiem. Niespełna dwudziestoletnia dziewczyna musiała radzić sobie sama. W marcu tego roku Anna znów doświadczyła gwałtu.

Pochodzę z małej miejscowości na północy Polski. Moi rodzice nie są zamożni. Tuż po liceum wyjechałam za granicę zarobić na wymarzone studia, florystykę. Pracę pomogła mi załatwić znajoma. Mieszkaliśmy w baraku, w niewielkim miasteczku na północy Walii.

To był ciężki, deszczowy wieczór. Wróciłam po kilkunastu godzinach pracy przy sprzątaniu hotelowych pokoi, wzięłam gorący prysznic i położyłam się do łóżka spać. Po jakimś czasie wrócił do baraku Łukasz, kompletnie pijany. Nie wiem, co mu przyszło do głowy, uderzył mnie. Zaczął zrywać ze mnie piżamę. Prosiłam, by przestał. By nie robił mi krzywdy.

Był silniejszy.

Po wszystkim poszedł pod prysznic.

Łukasz to brat dziewczyny, która pomogła mi zdobyć pracę. Polak, chłopak z dobrej rodziny. Rodzice dobrze sytuowani, sadownicy. Wcześniej rozmawialiśmy o tym, że w Polsce mam chłopaka, z którym mimo młodego wieku byłam związana już kilka lat. Wiedziałam, że mu to imponowało.

Po gwałcie zabrał mi dokumenty i zabronił komukolwiek powiedzieć. Bałam się.

Byłam tam zdana tylko na niego i jego siostrę.

Minęło kilka tygodni. Bardzo źle się czułam. Byłam blada, odrzucało mnie na widok i zapach jedzenia, miałam mdłości. Jego siostra zasugerowała, żebym zrobiła test ciążowy. Wynik: pozytywny.

Ciąża

To, co było później, pamiętam jak przez mgłę. Wszystko działo się bardzo szybko. Łukasz dowiedział się o ciąży od siostry. Uważałam ją za życzliwą osobę, ale kiedy powiedziałam jej prawdę o gwałcie i poprosiłam o pomoc, nie uwierzyła mi. Płakałam. Błagałam, by oddali mi dokumenty i pozwolili wrócić do Polski.

Do domu wróciłam w ciągu kilku dni. Milion myśli. Nie wiedziałam, co robić. Zdawałam sobie sprawę, że ciążę po gwałcie można legalnie usunąć – ale jak udowodnić, że doszło do przestępstwa?

Nie zgłosiłam gwałtu.

Miałam wtedy zaledwie 20 lat. Nie ma słów, które by oddały, co wtedy czułam. Wstręt do siebie. Nienawiść do własnego ciała i rosnącego brzuszka. Bezsilność. Załamanie. Frustrację.

Myśli, aby odebrać sobie życie.

Zagrożenie

Wróciłam do pracy, w której zatrudniona byłam przed wyjazdem do Wielkiej Brytanii. Nie powiedziałam pracodawcom, że jestem w ciąży. Po pracy gorączkowo wyszukiwałam w internecie, jak bezpiecznie usunąć ciążę. Bałam się powikłań. Ale nie chciałam jej.

Pewnego dnia zaczęłam krwawić. Było późne popołudnie, bardzo źle się czułam. Mama z sąsiadką zawiozły mnie do lekarza. Szybkie badania, USG. Usłyszałam po raz pierwszy bicie serduszka dziecka. I słowa lekarki: „Jest źle, ciąża jest zagrożona. Jeśli nie podejmiemy działań, straci je pani. Co robimy?”.

To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Postanowiłam zachować ciążę i urodzić. To było jedyne rozwiązanie zgodne z moim sumieniem. Tłumaczyłam sobie: może i nie jest owocem miłości, ale odkąd usłyszałam bicie jego serduszka, pokochałam je, bezwarunkowo. Stało się moją największą miłością.

Rodzicom nie chciałam nic mówić. Myśleli, że ciąża to wpadka. Ale ucieszyli się, że zostaną dziadkami, bez względu na okoliczności.

Chłopak

Niedługo po tym opowiedziałam o wszystkim swojemu chłopakowi. Nie wyobrażam sobie, jak to jest usłyszeć od ukochanej: „Zostałam zgwałcona, jestem w ciąży”. Ale on mnie wsparł. Uszanował moją decyzję, że chcę urodzić. Zdecydował, że przyjmie to dziecko jako swoje. Opiekował się mną przez cały okres ciąży. Był przy mnie podczas porodu. Przecinał pępowinę.

Dwa tygodnie po narodzinach pękł. Nie wytrzymał psychicznie. Nie miałam do niego pretensji. Byłam wdzięczna za to, że był przy mnie w najtrudniejszym czasie. Wyrzekł się dziecka. Podczas sprawy o zaprzeczenie ojcostwa powiedzieliśmy w sądzie całą prawdę. Ten protokół to jeden z niewielu dowodów gwałtu sprzed 12 lat, jakie posiadam. Gwałt jest ścigany z urzędu od 2014 r. – a to był 2009 r. Nikt nie zgłosił tego gwałtu – żaden urzędnik ani sędzia, gdy załatwialiśmy zaprzeczenie ojcostwa i mówiłam wprost o gwałcie. Zostałam sama.

Pomoc?

Ale to był dopiero początek mojej tragedii. Drugiego gwałtu dokonało na mnie państwo.

Nie miałam absolutnie nic: mieszkania, samochodu, oszczędności. Bałam się, tak po ludzku, czy sobie poradzę. Przed porodem zwróciłam się do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej (MOPS), czy będę mogła liczyć na wsparcie. Zapewniono mnie, że oczywiście. Że dzieci są priorytetem.

Po porodzie wygasła moja umowa o pracę – i skończyły mi się dochody. Poprosiłam MOPS o pomoc materialną w formie paczki pampersów i puszki mleka. Odrzucili tę prośbę. Pani z opieki powiedziała, że mam iść do pracy i sama zarobić. Z miesięcznym dzieckiem? Nie otrzymałam zasiłku rodzinnego. Kiedy poszłam zapytać w urzędzie, jakie formy pomocy przysługują mi na dziecko, usłyszałam, że żadne.Wyszłam ze łzami w oczach.

Gdyby nie pomoc rodziców, zginęlibyśmy.

Nie wiem nawet, jak mama poznała prawdę. Synek miał wtedy kilka miesięcy. Pamiętam, jak wróciła do domu, poprosiła, abym usiadła. Wypaliła dwa papierosy, jeden za drugim. Zapytała, co stało się w Anglii, czy zostałam skrzywdzona. Płakała, miała żal, że jej nie powiedziałam. Ale bardzo mnie wspierała. I wspiera do dziś.

Przez 8 lat nie otrzymałam na syna ani złotówki. Tak państwo wspiera kobiety, które zachowają dziecko po gwałcie.

Przyjaciel

W marcu tego roku zostałam po raz kolejny zgwałcona.

Też go znałam. Artur to były policjant. Został wyrzucony ze służby, gdy złapano go kompletnie pijanego po pościgu samochodowym. Nie wiedziałam o tym. Artur to także były mąż mojej koleżanki ze studiów. Znałam go od 9 lat, powierzchownie. Kilkukrotnie byłam u nich w domu, sprawiał wrażenie sympatycznego. Pomógł mi kilka razy. Odwiózł do domu, ofiarował grzyby, na które chciałam bardzo jechać, a byłam chora, zawiózł do sądu, gdy potrzebowałam coś załatwić. Dlatego gdy w lutym napisał na Messengerze, że runął mu świat, rozpadł się związek i ciężko mu na duchu, zaproponowałam, aby przyjechał do mnie i chłopców na kolację.

Po spotkaniu pisał, zwierzał się. Opowiadał, że żyje na jakiejś stancji. Że źle mu na niej, że psychicznie nie daje rady. Pracował od 5:00 do 21:00. Był budowlańcem, musiał daleko dojeżdżać do pracy, a po pracy jeszcze siłownia – więc wracał się tylko przespać. Żal mi go było, chciałam pomóc. Zaoferowałam nazbyt pochopnie, aby na jakiś czas został u nas, przecież może przespać się na kanapie. Że wieczorami możemy oglądać filmy z chłopakami, razem będzie raźniej. Mówiłam to szczerze, bez podtekstów. Nie myślałam wtedy o związku ani z nim, ani z kimkolwiek, a on był świeżo po rozstaniu. Więcej i tak miało go nie być – miał wracać tylko się przespać.

Z akt sprawy wiem, że wtedy jeszcze długo swojej relacji nie zakończył. Mieszkał u kolegi, nie w żadnej stancji. Z ekspertyzy jego telefonu jasno wynika, że działał na kilka frontów, spotykał się z kilkoma kobietami. Ale w tamtym momencie tego nie wiedziałam.

Zamieszkał z nami. Dużo pił po pracy. Stał się dziwny, mało przyjemny, burkliwy. Wszczynał często awantury z błahych powodów. Tłumaczyłam go, że ma ciężki czas. Teraz dopiero widzę, jaka byłam naiwna.

Czy coś do niego czułam? Sympatię.

Niespełna dwa lata wcześniej zmarł mężczyzna, którego bardzo kochałam. Mężczyzna, który zaakceptował moją przeszłość i syna. Mam z nim drugie dziecko. Nigdy nie spotkałam nikogo takiego jak on – i raczej nie spotkam. Po nim nie chciałam nikogo poznawać, wiązać się. Nie umiem zaufać. Niedobrze mi na myśl o zbliżeniu.

Gwałt

29 marca Artur znów wypił za dużo. Rano tłumaczył się, że nic nie pamięta. Że to wina wódki i whisky.

Na ścianie pozostały plamki krwi. Wystraszył się. Starł je, gdy tylko wytrzeźwiał.

Kazałam mu się natychmiast wynosić. Przepraszał, błagał o wybaczenie. Wciąż mam wiadomości z tamtego czasu.

„Bardzo mocno Cię przepraszam miałaś rację mogłem pod wpływem alkoholu nic nie robić bardzo brzydko się zachowałem za co bardzo mocno Cię przepraszam […]”

„Bardzo źle się z tym czuje

Nawet szczerze mówiąc nie wiem co napisać wiem że słowo przepraszam nie załatwia tutaj sprawy, ja to tobie wynagrodzę […]”

„Nie gniewaj się na mnie

Bo mi też jest z tym wszystkim ciężko

A ty się od razu gniewasz zamiast porozmawiać na spokojnie

Nie lubię jak tak robisz”

Wiadomości Artura do Anny po gwałcie

Wiadomości Artura do Anny po gwałcie

Wiadomości Artura do Anny po gwałcie

Napaść

Gdy powiedziałam o tym przyjaciółce, radziła, żebym to zgłosiła. Tylko komu? To były policjant. Mam to zgłosić jego kolegom?

Zgłosiłam dzielnicowemu, przez telefon. Pandemia. Nie mógł do mnie przyjechać, choć poprosiłam o to. Sporządził tylko notatkę. Zapytał, czy chcę skierować sprawę do prokuratury. Przestraszyłam się. Odmówiłam.

4 lipca Artur napadł na mnie w moim mieszkaniu, kolejny raz pod wpływem alkoholu. Zatrzasnął zamek za sobą i zaczął mnie bić. Krzyczał, że mnie dojedzie. Sąsiedzi usłyszeli to i przybiegli błyskawicznie. Wezwali policję. Artur trzymał mnie, nie chciał otworzyć drzwi. Bałam się. Drzwi i tak otworzyli. Przy próbie obezwładniania go doszło do szamotaniny. Zdemolowali sypialnię wynajmowanego przeze mnie mieszkania.

Ściana we krwi po napadzie Artura

Sąsiedzi udzielili mi wsparcia. To dzięki nim zdecydowałam się zeznawać. Powiedzieć o tym, co zaszło w marcu.

Policyjni technicy wykryli ślady krwi na ścianie z marca. Starł ją, ale ślad pozostał.

We mnie pozostanie na zawsze.

Krew

W wyniku gwałtu krwawiłam dwa miesiące bez przerwy. Miałam poważny stan zapalny, wciąż nie mam miesiączki. 4 września przeszłam zabieg łyżeczkowania.

Po gwałcie zapisałam się do terapeutki z Ośrodka Pomocy Poszkodowanym Przestępstwem. Otwarcie się nie było łatwe, ale przepracowywanie problemów pomaga. Ciężko mi się nie obwiniać. Patrzeć w lustro. Nie bać się. Wychodzić do ludzi. Wierzyć w cokolwiek.

Utraciłam poczucie bezpieczeństwa. Lęk towarzyszy mi podczas każdego wyjścia na autobus czy do sklepu. Poczucie winy też nie odstępuje mnie na krok. Gdybym nie zaufała, gdybym nie była taka naiwna... Nie potrafię przestać sobie tego wypominać. Wciąż snuję inne scenariusze, w których nie przyjęłam go do siebie i ten koszmar w ogóle nie miał miejsca. Jakby to było moja wina, że jestem empatyczna. A nie wina gwałciciela, że zgwałcił.

Nie umiem patrzeć na mężczyzn jak dawniej. Mam w głowie tylko jedno: że są zakłamani i nieobliczalni. Widzę w nich zwierzęta. Nie potrafię inaczej.

Postępowanie

W tej chwili toczy się postępowanie w prokuraturze. 12 ostatnich lat uświadomiło mi, że dla mnie zgłoszenie gwałtu tu jedyna droga, by nie czuć tego, co czuję – potwornej niesprawiedliwości. Przy okazji toczącej się sprawy z bieżącego roku chciałam zgłosić i tamtą, pierwszego gwałtu. Rozmawiałam o tym z prawnikami, szykowałam się. Ale próba rozgrzebania starych ran nie była dobrym pomysłem. Pojawiły się u mnie myśli, które okazały się silniejsze ode mnie. Koszmar zaczął wracać.

Odpuściłam. Dla swojego dobra.

Artur jest w areszcie od 4 lipca. Po aresztowaniu jego matka i kilku znajomych próbowali przeprowadzać własne, odrębne śledztwo. Wydzwaniali po moich bliskich i znajomych, wypytywali o mnie i szczegóły mojego życia, szukali sprzymierzeńców, by coś na mnie znaleźć. Chcieli mnie zniszczyć, próbowali dyskredytować. Musiałam zgłosić nękanie, sprawa jest w prokuraturze. Póki co jest spokój, ale nie opuszcza mnie lęk, bo wiem, do czego są w stanie się posunąć.

Kilka dni temu Arturowi zmienili zarzuty z gwałtu ze szczególnym okrucieństwem na gwałt. Ale ma ich więcej: poza gwałtem także o czynną napaść, groźby i znieważanie policjantów.

Więcej ofiar

Była żona Artura opisała historię małżeństwa z nim w książce Joanny Przetakiewicz Nie bałam się o tym rozmawiać. Historie bez retuszu. Nigdy mi o tym nie mówiła, chociaż się znałyśmy, razem studiowałyśmy. Przeczytałam o tym dopiero w książce.

Kiedy mój były wypił, nie potrafił się kontrolować. Znęcał się nade mną na różne sposoby. (…) Płakałam i próbowałam się wyrwać z jego ramion, ale nie puszczał. Musiałam słuchać, że jestem kurwą, dziwką, szmatą, w ogóle nikim, dnem, że nienawidzi mojej siostry. Na drugi dzień trzeźwiał i na kolanach błagał, żebym mu wybaczyła. Obiecywał, że już nigdy nie tknie alkoholu. Jak nie chciałam przyjąć przeprosin, wszczynał awantury, a raz nawet z nożem groził, że się zabije. Stale powtarzał się ten sam scenariusz: picie, niemiłosierne kłótnie i obietnica poprawy” [Fragment książki Nie bałam się o tym rozmawiać].

Podpisuję się pod każdym jej słowem. Stosował na nas identyczne techniki.

Kobieta, z którą Artur się rozstawał, kiedy napisał do mnie w lutym, także została przez niego wielokrotnie skrzywdzona. Pomogła mi swoimi zeznaniami, potwierdzając, do czego jest zdolny. Jestem jej za to wdzięczna.

Każda z nas przeszła z nim piekło.

A ja po prostu chciałam mu pomóc.

W książce Przetakiewicz znajduje się zdjęcie Beaty. Ja też pokazuję tutaj twarz. Robię to, bo nie chcę się ukrywać i nie mam się czego wstydzić. To moi oprawcy powinni się wstydzić, nie ja.

Anna z synkiem

Mieszkanie

Dziś mój syn ma skończone 11 lat. Otrzymuję na niego świadczenie wychowawcze i dodatek z tytułu samotnego wychowywania. Od 5 lat jest też z nami młodszy syn. Jego ojciec, a mój partner, Piotr, zmarł niespełna dwa lata temu w Wielkiej Brytanii, gdzie pracował. Miał powikłanie po zapaleniu płuc. Serce nie wytrzymało, miał wadę. ZUS odmówił nam renty rodzinnej, tak samo jak zagraniczna instytucja. Partner nie spełnił kryterium wymaganych 5 lat zatrudnienia w Polsce, by liczyły się lata przepracowane przez niego za granicą. A za granicę wyjechał praktycznie po szkole. Załamałam się. Znów pozostałam bez wsparcia.

Utrzymuję siebie i dzieci z jednej pensji. Do ubiegłego roku moje zarobki wystarczały na skromne życie. Bez problemu regulowałam opłaty za wynajmowane mieszkanie, opłaty, przedszkole, dojazdy.

Przez ponad dwa lata pracowałam w kancelarii prawnej. Dostawałam podstawę i prowizję, więc robiłam, co w mojej mocy, by realizować plany sprzedażowe i wypracowywać jak najwięcej. Dzięki temu udało mi się odłożyć na wynajem mieszkania w dobrych warunkach. To było ważne, bo do tej pory zajmowałam z chłopcami pokój u rodziców w starym, poniemieckim domku typu bliźniak, który wymaga generalnego remontu. Młodszy synek w lutym 2019 r. musiał przejść zabieg – miał notorycznie zapalenie uszu i przewlekłe zapalenie górnych dróg oddechowych.

Odłożyłam część kwoty na wyposażenie mieszkania – wszystko, od podstaw. Mama wzięła dla mnie 15 tys. zł kredytu na zakup ostatnich mebli. Skończę go spłacać w styczniu 2021 r.

To miał być nasz azyl, nowy start. Miejsce, w którym mieliśmy zbudować szczęście.

Anna z synkiem

Co dalej?

Po śmierci Piotra miałam załamanie nerwowe. Dopóki nie stanęłam na nogi, przebywałam na zwolnieniu, pod opieką psychiatry. W międzyczasie pogorszyły się warunki w kancelarii, obniżyli wynagrodzenia. Zatrudniłam się w innej firmie. I wtedy nadeszła pandemia. Z tego powodu nie przedłużyli mi umowy. Byłam zdesperowana, żeby znaleźć jakąkolwiek pracę.

Obecnie pracuję w Domu Pomocy Społecznej, na pensji minimalnej. Bardzo lubię swoją pracę, bo w niej, wśród starszych, schorowanych i niepełnosprawnych osób zapominam o własnych problemach. Moje doświadczenia mnie złamały, wywróciły życie do góry nogami, ale też wyczuliły na to, czego nie dostrzegałam wcześniej. Jestem wrażliwsza – i chcę się tym dzielić z najbardziej potrzebującymi. Jak moi podopieczni.

W pracy czuję się potrzebna, mogę pomagać innym.

Ale sama też wymagam pomocy. Terapia mi pomaga, ale na nią zwyczajnie mnie nie stać. Sesja 50 minut kosztuje 150 złotych, a w miesiącu wymagane są cztery. To 600 zł miesięcznie. Do tego leki zapisywane przez psychiatrę, żebym mogła jakoś funkcjonować.

W lipcu mieszkanie zostało zdemolowane przez mojego gwałciciela podczas napaści. Trzy ściany całe we krwi, poobijane meble, materac i pościel do wymiany. To kolejne wydatki.

Mam zaległości finansowe, nie kolosalnie duże, ale przerastające moje możliwości. Nie mam szans na nadgodziny ani podwyżkę. Sprawa w sądzie dopiero się rozpocznie. Artur ma przebywać w areszcie do 5 grudnia.

Nie wiem, co będzie dalej. Boję się.

Wszystkie imiona są prawdziwe. Reportaż w pełni oparty na informacjach, dokumentach i zdjęciach przekazanych przez rozmówczynię.

Zbiórka dla Anny, by mogła stanąć na nogi po gwałcie: https://zrzutka.pl/g9unfa?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=chipin_creation&fbclid=IwAR3qCZJrbwNPeKKdHMH6P7F3tHbhX_LTwiOF-UEXvIjc2wrZS5-w6vSwPcM